Wywiad przeprowadzony z panem Andrzejem Szkaradkiem w ramach projektu "Ślady bohaterów" w Gimnazjum nr 2. Po przywitaniu gościa przez dyrektor gimnazjum panią Joannę Wituszyńską, uczniowie rozpoczęli interesującą rozmowę. 

Nasz gość na wieść o tym, że wcześniej mieliśmy spotkanie ze Stefanem Kuligiem wyraźnie zaznaczył:

Gdzie mnie tam jest do Stefana Kuliga, który przeżył obóz w Oświęcimiu, a po wojnie wstąpił do Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej, za co był więziony przez komunistów. Nie można porównywać zagrożenia wynikającego z naszego działania do tego co było w trakcie wojny czy zaraz po niej. Nam przynajmniej śmierć nie groziła. Faktem jest, że w okresie stanu wojennego zginęło około 180 osób w niewyjaśnionych okolicznościach, daleki jednak jestem od porównywania sytuacji zagrożenia z czasów Solidarności do czasów wojny.

Pytanie młodzieży: Jest pan jednym z czołowych postaci Solidarności sądeckiej, współtworzył ją pan, narażał pan siebie bliskich marząc o wolnej Polsce. Ciekawi nas w jakich warunkach się pan wychowywał, co ukształtowało pana charakter i patriotyzm?

Jestem z pokolenia Radia Wolna Europa (nadawane z Niemiec zachodnich z Monachium), słuchali go nasi rodzice po wojnie, tam można było usłyszeć prawdziwe wiadomości. Ukształtowały nas też informacje o wydarzeniach z powstania robotników w 1956 r., na wybrzeżu w 1970 i strajkach w 1976 roku w Radomiu, Ursusie, Elblągu i Płocku. To jaki byłem zawdzięczam też pani od historii z szkoły podstawowej – pani Dudzie, matce pań Joanny i Iwony Duda. Joanna to żona Andrzeja Gwiazdy, znanego działacza Solidarności z Wybrzeża. 

Kiedy i dlaczego podjął pan decyzję o zaangażowaniu się w tworzenie Solidarności? Jakie towarzyszyły temu emocje i obawy?

Tak jak powiedziałem byliśmy pokoleniem wychowanym na Radiu Wolna Europa. W 1980 r. do partii (PZPR) należało około 3 miliony z czego 900 tys. zajmowało kierownicze stanowiska z nomenklatury (nadania partii). Nie można było objąć stanowiska jak nie należało się do PZPR. Narastał w nas bunt. Nie było wolności słowa, niezależnej prasy, zabierano prywatną własność, nie rozwijało się rzemiosło - nic na własną rękę nie można było robić. Ludzie zaczęli się buntować.

Po wspomnianych wystąpieniach w Poznaniu, Gdańsku, Gdyni, Szczecinie, potem Radomiu, przyszedł kolejny okres buntu.  Wtedy już było tak źle, że w sklepach nic nie było. Zaczęto wprowadzać kartki na cukier, mięso, alkohol, buty. Dziś to trudno zrozumieć, że w sklepie mięsnym były puste haki, panie stały za ladą i czekały na towar.  Żeby dostać parę plasterków szynki dla dzieci, trzeba było od rana stać w kolejce i nie wiadomo było czy towar dowiozą i czy go starczy po dojściu do lady. Kaszkę dla dzieci przywoził mi kolega z Czechosłowacji. Nie było nic.

Tak narastał ten bunt i po kolejnej podwyżce cen żywności ludzie na Wybrzeżu nie wytrzymali i zrobili strajk w pierwszej kolejności ekonomiczny, potem doszły postulaty polityczne. Na bazie tego w całej Polsce narastał bunt.

Wracając do roku 1976, po wydarzeniach w Radomiu i represjach powstał Komitet Obrony Robotników, który zaczął drukować prasę niezależną m.in. „Robotnika”. Był on kolportowany w całej Polsce m.in. do mnie zaczął docierać w 1978 r. i tam zaczęto namawiać do powstania Wolnych Związków Zawodowych. Pierwszymi założycielami KOR-u był obecny Minister Obrony Narodowej Antoni Macierewicz i poseł ziemi sądeckiej a warszawiak Piotr Naimski.

Ta sytuacja strajkowa w Polsce zmobilizowała nas w terenie do próby przeciwstawienia się władzy ludowej i próby tworzenia niezależnych związków zawodowych i tak powstał po sierpniu 1980 r. Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność.

Jakie inne osoby z Nowego Sącza były zaangażowane w działalność Solidarności i na czym ta działalność polegała.

Bardzo dużo osób się angażowało, nawet członków partii. W każdym zakładzie pracy, a było ich wtedy na Sądecczyźnie dużo – około 50 –  powstał komitet założycielski NSZZ Solidarność, a reprezentacja tych komitetów utworzyła Międzyzakładowy Komitet Solidarność (MKS) w Nowym Sączu, któremu przewodniczył Czesław Dąbrowski. W każdym zakładzie pracy były osoby, które współtworzyły sądecka Solidarność w pierwszym okresie. Byli to m.in.: Jerzy Wyskiel (Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne), Józef Jarecki, Czesław Dąbrowski (ZNTK), Józef Grzyb, Teresa Kochańska (PKS), Józef Jungiewicz, Krzysztof Michalik (Sądeckie Zakłady Elektro – Węglowe), Piotr Kałamarz (WSS Społem), Krzysztof Pawłowski.

Czy miał pan nadzieję, że jest możliwość już wtedy wywalczyć wolność?

Nie. Mieliśmy nadzieję na wolność, ale znaliśmy system komunistyczny, pamiętaliśmy wystąpienie robotników poznańskich w walce o wolność i chleb – tam zginęło ponad 50 osób, a 48 w 1970 roku na wybrzeżu: Gdańsku, Gdyni Szczecinie, Elblągu. Te wystąpienia nie były bez ofiar. Dlatego występując w roku 80. mieliśmy nadzieję na wolność, ale znając system komunistyczny wiedzieliśmy, że tak się to nie skończy, że wcześniej czy później coś z nami zrobią, że nas zamkną.  Ale chęć uzyskania wolności, bycia człowiekiem wolnym sprawiała, że nie zważaliśmy na represje i konsekwencje z tego tytułu, tylko wystąpiliśmy przeciwko władzy ludowej.

Wiedzieliśmy, że za systemem bezpieczeństwa czyli aparatem represji stały służby bezpieczeństwa - specjalna milicja polityczna, chodzili po cywilnemu, rozpracowali Solidarność - na których stronę jako współpracowników przeciągnięto wiele osób z naszego grona, którzy obserwowali kto co robi, jak się zachowuje. Do tego stopnia spodziewaliśmy się represji, że w Solidarności była drukowana instrukcja Obywatel a służba bezpieczeństwa, czyli jak się zachować w razie przesłuchania, na co pozwala prawo. Przygotowywaliśmy się na represje i zamknięcia i faktycznie ten festiwal solidarności, te dni wolności, nie trwały długo, bo 13 grudnia wprowadzono stan wojenny i pozamykano nas do więzień.

Jak pan przyjął decyzję o stanie wojennym?

Tak jak powiedziałem, nie byliśmy zaskoczeni, że coś takiego nastąpi, natomiast zaskoczył nas termin. Nie przypuszczaliśmy, że nastąpi to w trakcie przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. Licząc się z zamknięciem, przygotowywaliśmy nawet zastępców, którzy pod naszą nieobecność podejmą działalność związkową.

Planowaliśmy strajk okupacyjny na terenie całej Polski, czyli zamknąć się w zakładach pracy i strajkować. Z perspektywy czasu to może i dobrze, że nie zdążyliśmy się do tego strajku przygotować, bo nie wiadomo jakimi ofiarami taki mocny opór mógłby się skończyć, czy więcej by ofiar nie było. I tak mamy kilkadziesiąt ofiar stanu wojennego, bo okazało się że Jaruzelski był tak zdeterminowany stłumić Solidarność, że najprawdopodobniej nie cofnąłby się przed pacyfikacją każdego zakładu pracy.

Jak potoczyły się pana losy w stanie wojennym?

Ja byłem w tej dobrej sytuacji, że mnie zamknięto. Wikt i opierunek miałem. Przejmowałem się tylko jak wygląda sytuacja na zewnątrz, czy rodzina ma co jeść, czy moje dzieci są bezpieczne – ta niewiedza była najgorszym elementem stanu wojennego w jego pierwszych dniach. Już na początku Nowego Roku odwiedził nas biskup tarnowski Jerzy Ablewicz, odprawił msze, dowiedzieliśmy się, że z naszymi rodzinami jest wszystko w porządku.

W tym okresie jako Solidarność nie byliśmy przygotowani do przejęcia władzy, rozeznani w sprawach ekonomicznych.  Zamknięto nas z ludźmi z całej Polski, począwszy od robotników do profesorów, którzy wzięli na siebie odpowiedzialność dokształcania nas wszystkich. Wywalczyliśmy sobie otwarcie cel tzn. mogliśmy przechodzić z celi do celi i wykorzystaliśmy ten okres na np. uczenie się prawdziwej historii, wielu nie wiedziało o Katyniu (ja dzięki nauczycielce z szkół wiedziałem), NKWD, zachowaniu sowietów. Dużo dowiedziałem się z gospodarki, ekonomii, jak funkcjonują przedsiębiorstwa – pod tym względem pozytywnie oceniam to, że ten czas wykorzystaliśmy do dokształcania się. Wiele osób uczyło się języków obcych co im akurat na dobre nie wyszło, bo większość z tych co się nauczyło, to wyjechało na emigrację z czym ja się nie zgadzałem bo uważałem, że nasze miejsce jest tutaj w Polsce.  Nie myślałem o emigracji mimo, że propozycje i naciski miałem.

(myśmy wywalczyli oporem nie podporz się drylowi, dyscyplimie więziennej, chcieliśmy mieć status więźnia politycznego). JA to nazywałem że my jesteśmy opozycją polityczną, a tamci co siedzieli za kradzieże i rozboje to nazywaliśmy ich opozycja gospodarcza. Przez naszą obecność im trochę dyscyplina zelżała – musieli im odpuścić.

Jakie działania podejmował pan po wyjściu na wolność?

Po wyjściu z internowania w Sączu nie działały praktycznie żadne struktury solidarności. Wokół siebie zbudowałem struktury. Zaczęliśmy zbierać składki na zakładach pracy. Na zakładach pracy normalnie związek zawodowy po stanie wojennym działał – każdy zakład wziął na siebie odpowiedzialność utrzymania rodziny tych pracowników co siedzieli w więzieniach. Po pierwszej wpadce Wiadomości Nowosądeckich (jak ja wyszedłem to następna grupa siedziała), uruchomiliśmy ponowne ich wydawanie. Była mocna akcja nobel dla Lecha Wałęsy - tu A. Szkaradek uśmiecha się i dopowiada - dzisiaj już bym tego nie zrobił. Prowadziliśmy normalną działalność, składki, msze za Ojczyznę, spotykaliśmy się w kościołach, tworzyliśmy Duszpasterstwo Ludzi Pracy. Z tego tytułu służba bezpieczeństwa - jak nie miała kontroli nad taką działalnością – to kolejny raz wsadzała nas do więzień. Poszedłem znowu siedzieć w 1984 roku, a na amnestię tego samego roku wyszedłem. Po wyjściu z więzienia w 1984 r. uważałem, że nie ma sensu się kryć z moją działalnością - bo oni i tak wiedzą, bo mieli wokół mnie tajnych współpracowników. Udzieliłem wywiadu do Wiadomości Nowosądeckich i podałem swój adres, żeby zgłaszać różne represje, zwolnienia ludzi z pracy ludzi - bo sam po wyjściu z więzienia nie mogłem wrócić na zakład pracy gdyż ówczesny komendant milicji pan Grodecki wydał zarządzenie, że nie mam prawa pracować w państwowych firmach, więc plątałem się po prywatnych przedsiębiorstwach. Nawet pracowałem w cegielni na Mystkowie, żeby utrzymać rodzinę. Od tamtego momentu większość moich działań była jawna. […]

Jak wspomina pan księdza Ptaszkowskiego, który opiekował się Solidarnością?

Na samym początku w stanie wojennym największym opiekunem był Stanisław Kałuża - jezuita z kościoła kolejowego. Ojciec Kazimierz Ptaszkowski z chwilą nastania stanu wojennego był w zakonie na ulicy Kopernika w Krakowie – tam głosił kazania, odprawiał msze za Ojczyznę, głównie dla środowisk służby zdrowia. Nawet pod koniec 1982 roku zrobiono listę księży do internowania i był tam ojciec Kazimierz Ptaszkowski. Wtedy pod wpływem nacisku władzy, przeniesiono go do Nowego Sącza do kościoła jezuitów pw. św. Ducha (ul. Piotra Skargi 10). Po moim wyjściu z więzienia spotkaliśmy się z ojcem Kazimierzem i zrobiliśmy listę osób siedzących w więzieniach, listę osób zwolnionych z zakładów i których rodziny wymagają pomocy. I taka pomoc była właśnie m.in. dzięki Jezuitom z Piotra Skargi i kościoła kolejowego. Kiedy został pobity Zbyszek Szkarłat w lutym 1986 i po 4 dniach zmarł, wtedy ojciec Kazimierz Ptaszkowski wygłosił przepiękną homilię po której był przesłuchiwany przez prokuratora rejonowego pana Warzechę - specjalnie podaję nazwiska tych co prześladowali, bo te osoby nie poniosły odpowiedzialności, dlatego niech choć odpokutują moralnie.

Jedna z grup zaangażowanych w nasz projekt zbierała informację o panu Zbigniewie Szkarłacie. Jakie są pana wspomnienia związane z tą osobą i jej tragiczną śmiercią.

Wspomnienia mam tragiczne, gdyż ja go wciągnąłem z powrotem w tą działalność, gdy wyszedłem po internowaniu. Odpowiadał za druk Wiadomości Nowosądeckich, przywieźliśmy mu drukarnię – taki kołowrotek – i był drukarzem. Kiedy oficjalnie w 1985 r. założyliśmy Duszpasterstwo Ludzi Pracy, to Zbyszek przychodził na msze, sami układaliśmy modlitwę wiernych, czytaliśmy czytania, a po mszy spotykaliśmy się w tym gronie i rozprowadzaliśmy bibułę (prasa niezależna). W kościele kolejowym mieliśmy bibliotekę niezależnych wydawnictw, gdzie były dzieła Czesława Miłosza czy Mackiewicza.  

W drodze na mszę świętą za ojczyznę 2 lutego 1986 r. … Zbyszek na tę msze nie dotarł. Szukaliśmy go po mszy, rano okazało się że znaleziono go martwego pod hotelem Orbis z rozwaloną głową. Rzekomo był pijany, choć Zbyszek był chory i znany z tego, że alkoholu nie pił. Do dzisiaj sprawa jest niewyjaśniona - uważamy, że gdzieś po drodze do kościoła go zwinięto, próbowano pewne rzeczy wyciągnąć, a następnie pobito, upojono alkoholem i wyrzucono pod hotelem. Tego typu przypadki były jeszcze w 1989 roku - roku częściowo wolnych wyborów. SB mordowało księży po wcześniejszym wlaniu alkoholu.

Budowa wolnej Polski możliwa była dopiero po 1989 roku. Dziś Okrągły Stół poddawany jest przez różne środowiska krytyce. Jak pan zapatruje się na to porozumienie i jego skutki.

Dzisiaj wiemy więcej, ale w tamtym okresie 1988 roku z ogromnym zadowoleniem przyjąłem, że ówczesna władza chce rozmawiać z opozycją. Mimo że stan wojenny zawieszono (31 XII 1982) to okres represji trwał dalej do 1989, to 7 lat – dłużej niż trwała wojna. Społeczeństwo było coraz bardziej zmęczone, a jeszcze ten brak towarów. Mniej ludzi angażowało się w Solidarność, przychodziło na msze, a wystąpienia robotnicze były tłumione np. Stalowej Woli (1988 r.), Nowej Hucie.

Przyjąłem więc chęć rozmów z zadowoleniem. Bardzo ochoczo przystąpiliśmy do budowy komitetów obywatelskich i przygotowań do częściowo wolnych wyborów do sejmu - mogliśmy obstawić 35 % miejsc co udało się w 100% i całkowicie wolnych do senatu, gdzie na 100 mandatów udało się zdobyć 99 – jeden mandat zdobył pan Stokłosa z Piły. Wtedy naszym kandydatem do sejmu był Józef Jungiewicz, a do senatu Krzysztof Pawłowski i Zofia Kuratowska.

Jakie są największe porażki i sukcesy już prawie 30 lat wolnej Polski?

Sukcesem jest to, że żyjemy w wolnej Polsce w której możecie się uczyć, możecie robić co chcecie - byle nie przesadzić z tą wolnością. Gdybyście umieli ją zagospodarować to bym się bardzo cieszył. Żyjemy w całkiem innym kraju – wam się w głowie nie mieści, że nie można było wyjechać za granicę. Jak się nie podpisało współpracy to trudno było dostać paszport i właśnie dlatego część osób podpisywała współpracę. Dziś bierzemy dowód i możemy jechać, gdzie się komu żywcem podoba.  

Jedno co się nie udało, to sprawy polityczne, wytworzenie się ogromnych podziałów, że przez ten okres nie wytworzyliśmy uczciwej klasy politycznej na wysokim poziomie. Nad tym najbardziej boleję. Oczywiście u nas ta demokracja jest młoda – od 1989 r. nie ma 30 lat. Inne demokracje są bardziej dojrzałe, choć w tym roku patrząc na wybory w USA nie było lepiej.  Boleję bardzo że społeczeństwo jest skłócone i tak mało ludzi idzie do wyborów. Teraz, gdy można mieć wpływ kogo się wybiera i jakie zmiany w Polsce mają być - 50 % ludzi nie bierze w tym udziału. Jeśli ktoś z was chciałby być politykiem to zważajcie na stosunek do drugiego człowieka – można się różnić, ale nie tak jak to dziś demonstrują ugrupowania polityczne.

A czy Pana nie ciągnie by z powrotem włączyć się aktywnie do polityki?

Ja już jestem na emeryturze. Trzeba oddać młodym pole do działania, ja mogę doradzać, mogę pomóc - choć jestem w wieku pani Clinton, która startowała na prezydenta (śmiech) - młodsi powinni działać, ja nie chcę zamykać komuś drogę, zabierać miejsca.

Co jest wg pana największym przesłaniem, wartością, którą mogłaby czerpać współcześnie młodzież z Solidarności.

Jak nie wiecie jak się zachować to pamiętajcie zachowujcie się uczciwie, przyzwoicie.

[…]

Ja mógłbym teraz za to co przeszedłem w życiu – 2 córki próbowano mi wziąć do domu dziecka tylko dlatego że siedzieliśmy z żoną w więzieniu – powinienem mieć do nich wszystkich złość. Nie mam, po prostu takie były czasy, staram się wyciągać pozytywne wnioski i brać z tego co najlepsze. Jak dziś swoich prześladowców widzę na ulicy - mówimy sobie Dzień Dobry, nie mam do nich nienawiści. Oczywiście uważam, że nie powinni takie wysokie emerytury brać. Bo za co? […] Mam większy żal do przywódców, tych towarzyszy, pierwszych sekretarzy co wydawali rozkazy, podejmowali decyzje m.in. o stanie wojennym. Mam pretensje do tych którzy byli nadgorliwi, którzy mi zabili Zbyszka Szkarłata. Jakbym ich złapał, to nie wiem co bym im zrobił – bo mi po prostu przyjaciela zabili. Tych bym karał. Tych co zbierali na mnie informacje – pal go licho – niech żyją jak najdłużej. 

 

Opracował: Krzysztof Małota