Żołnierze Wyklęci, Żołnierze Niezłomni – te nazwy dziś dla większości kojarzą się pozytywnie. Są synonimem walki o suwerenny kraj, o Polskość przez duże „P”. Twardy charakter, bezkompromisowość, nieugiętość wobec wroga to cechy, które jako pierwsze podajemy, opisując pokolenie Wyklętych. Czy jednak dokładnie znamy ich losy? A może tylko pobieżnie wiemy, kim byli, uwagę swoją skupiając na ogólnikach?

                Jeden z Wyklętych walczących o wolność Polski to kpt. Jan Dubaniowski. Kim był ten człowiek, że do dziś pamiętamy o jego czynach?

                Jan Dubaniowski urodził się w Krakowie 21 września 1912 roku. Jego rodzicami byli Leopold i Karolina. Ojciec należał do Legionów Piłsudskiego, toteż i młody Jan wychowywany był od lat najmłodszych w duchu patriotyzmu, służby Polsce i tradycji niepodległościowej (przypomnijmy, że Jan urodził się jeszcze, gdy Polski nie było na mapie). Młody Dubaniowski, podobnie jak jego starszy brat – Dionizy – chciał kontynuować wojskowe zacięcie rodzinne i iść w ślady ojca. Dostał się zatem do Szkoły Korpusu Kadetów nr 2 w Chełmnie. Tam zdał maturę w 1931 roku. Następnie uczył się w Szkole Podchorążych Artylerii w Toruniu, po ukończeniu której w 1933 roku otrzymał stopień porucznika. Z tym stopniem zaciągnął się jako żołnierz służby stałej do 10. Pułku Artylerii Ciężkiej w Przemyślu. Na nieco ponad dwa lata przed wybuchem II wojny światowej mianowano go na porucznika. Jan Dubaniowski brał udział w kampanii wrześniowej. Dowodził wówczas 1. baterią w 1. dywizjonie 5. Pułku Artylerii Ciężkiej w Armii „Kraków”. Gdy dowództwo zmieniło rozkazy, został włączony do 38. Dywizji Piechoty, poszedł walczyć w kierunku Lwowa. Dywizjon Dubaniowskiego rozbił w walce dużą część niemieckiego Pułku Zmotoryzowanego SS „Germania”, biorąc udział w bitwach pod Sądową Wisznią i Rodatyczami. W miejscowości Tuczapy jednak skończyła się dobra passa wrześniowa. Jednostkę Dubaniowskiego rozwiązano, a on sam trafił do niemieckiej niewoli, obozu dla oficerów – do Oflagu II B Arnswalde. Młody polski oficer próbuje stamtąd, oczywiście, uciekać co najmniej dwa razy. W końcu realizuje swoje zamierzenie w 1942 r. Razem z innym oficerem ukrywa się w pustej cysternie na bocznicy kolejowej i ucieka. Wraca do Krakowa, do żony i dzieci.

W stolicy Małopolski nawiązuje kontakty z Okręgiem Krakowskim Armii Krajowej. Jako że osoba nazwiskiem Dubaniowski jest poszukiwana przez Niemców, AK wystawia Janowi dokumenty, według których nosi on nazwisko Biegun. Zostaje on dowódcą 1. baterii 6. Pułku Artylerii Lekkiej AK, potem 1. dywizjonu 6. Pułku. Jan podejmuje w tym okresie pracę w garbarni na Ludwinowie jako portier. Miejsce to było ważnym dla konspiracji ośrodkiem. Niestety, i ten ośrodek Niemcy zaczęli rozpracowywać. Dubaniowskiemu groziła dekonspiracja. Postanowił przyjechać z Krakowa do Łapanowa. W 1944 roku Dubaniowski znajduje się w oddziale rotmistrza Jozefa Świdy pseud. „Dzik”, który był żołnierzem legendarnego z 1939 r. majora Henryka Dobrzańskiego pseud. „Hubal” (to teren komendy Obwodu Bocheńskiego AK o kryptonimie „Wieloryb”). W oddziale „Dzika” Jan miał rolę oficera taktycznego i szkoleniowego. „Dzik” wraz z oddziałem popełnił wiele akcji wobec okupanta. Wystarczy tu wspomnieć choćby napad w Trzcianie na niemiecki samochód służby geodezyjnej, zasadzkę na trasie Łąkta Polna – Łapanów czy uwolnienie z bocheńskiego aresztu członka oddziału.

Wkrótce jednak dowództwo AK przegrupowało oddziały krakowskiego Inspektoratu w ramach akcji „Burza”. Oddział Świdy zostaje wówczas włączony do zgrupowania AK „Morawa” – powiat myślenicki. Dubaniowski otrzymuje niejako awans – pełni funkcję adiutanta dowódcy, majora Aleksandra Mikuły pseud. „Orion”. Już kilka miesięcy później miało się okazać, na ile w gotowości bojowej stoi ten oddział. Chodzi mianowicie o największą małopolską bitwę partyzancką – pod Zawadką – z dnia 29.11.1944 roku.

Kiedy okupacja niemiecka dobiega końca, Rosjanie wchodzą na terytorium Polski, Jan Dubaniowski w tym czasie dostaje od władz AK awans na stopień kapitana. Sama struktura AK jednak zostaje rozwiązana rozkazem jej głównego generała – Leopolda Okulickiego. Dubaniowski jednak, widząc represje, jakimi poddawani przez komunistów są akowcy, postanawia nie spoufalać się z drugim wrogiem polskości, nie składa broni i tworzy swój oddział partyzancki o nazwie „Żandarmeria”. Oczywiście krok ten skonsultował wcześniej z dowództwem AK. Za teren działania Jan obrał sobie dobrze znane miejsce, czyli powiat bocheński. Oficjalna data rozpoczęcia działalności Oddziału Partyzanckiego „Żandarmeria” to 22 czerwca 1945 roku. Dubaniowski wówczas sam nakreślił trzy cele dla swojego oddziału:

  1. udaremnić wszelką działalność komunistyczną,
  2. przygotować teren pod względem wojskowym (to na wypadek wybuchu zapowiadanej wówczas III wojny światowej),
  3. chronić cywilów i walczyć ze zwykłymi bandami rabunkowymi, a których tworzeniu sprzyjały warunki wojenne.

Nowi żołnierze kpt. Jana rekrutują się z różnych środowisk: Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Narodowej Organizacji Wojskowej, Narodowych Sił Zbrojnych. Sam kapitan podporządkowuje się dowództwu NSZ. Do listopada 1946 r. członkowie oddziału mieszkali w domach, a gromadzili się jedynie na akcje. Wobec zagrożenia dekonspiracją i aresztowaniami „Żandarmerię” Dubaniowski przekształca w tzw. stały oddział partyzancki. Od pseudonimu dowódcy nazywa się on „Salwa”. Ludzie wchodzący w skład oddziału byli zdyscyplinowani i zachowywali prawdziwie żołnierski rygor. Bez tego nie udałaby się żadna akcja. Karność i dyscyplina oraz zaufanie do dowódcy stanowiły warunek przetrwania formacji partyzanckich. Drugą rzeczą istotną w funkcjonowaniu oddziału było posiadanie dużego zaplecza wśród miejscowych cywilów. Gdyby nie to, że rekrutowani do oddziału żołnierze znali doskonale teren, na którym operują, i wśród mieszkańców okolicznych wsi mają przychylnych sobie rodzinę i znajomych, każda akcja byłaby wówczas o wiele trudniejsza nie tylko do wygrania, ale i w ogóle do zaplanowania.

                W czerwcu 1946 r. oddział „Salwy”, można by rzec, nabrał więcej sądeckich akcentów. Otóż wtedy to Dubaniowskiemu podporządkował się operujący na Sądecczyźnie, w okolicach Kamionki Wielkiej i Grybowa, oddział Andrzeja Szczypty pseud. „Zenit”. „Zenit” jeszcze w maju chciał przedostać się pociągiem do Dubaniowskiego, jednakże przez to, że w pociągu, którym podróżował wraz ze swymi ludźmi, natrafił na trzech Żydów ubranych w sowieckie mundury i zastrzelił ich jako pracowników „nowego systemu” komunistycznego, termin spotkania musiał zostać przesunięty. Spotkanie nastąpiło pod koniec czerwca 1946 r. „Zenit” wraz z kilkorgiem swoich ludzi, najpierw pociągiem z Marcinkowic do Łososiny Górnej, potem piechotą dotarł do obozowiska Dubaniowskiego. Znajdowało się ono wtedy koło Jodłownika (powiat limanowski). Tam „Salwa” odebrał od nowych ludzi przysięgę. Sam zaś 25 lipca 1946 r. przyjechał do Marcinkowic, z których przez Kamionkę udał się z ludźmi od „Zenita” do Grybowa.

                Partyzanci na polecenie „Salwy” zorganizowali tam akcję – zasadzkę na pracowników Urzędu Bezpieczeństwa w Grybowie. Niestety, ubowcy nie byli zaskoczeni. Podczas wymiany ognia dowodzący akcją „Zenit” został ranny. Umieszczono go w końcu pod zmienionym nazwiskiem w gorlickim szpitalu. Pieniądze na leczenie „Zenita” przekazał sam „Salwa”, który po tych wydarzeniach obozował na Sądecczyźnie – zmieniając miejsce pobytu: w rejonie Podchełmia, Gródka czy Jodłowej Góry. Pod koniec lipca natomiast kilkudziesięcioosobowy oddział „Salwy” przeprowadził atak na siedzibę Milicji Obywatelskiej i Urzędu Bezpieczeństwa Grybów. Mimo iż strzelanina była zacięta, partyzanci nie zdobyli placówki, ale za to skonfiskowali towar i pieniądze Spółdzielni Rolnej i pieniądze Gminy Grybów (obie instytucje rządzone były przez obce siły komunistyczne zainstalowane w Polsce przez ZSRR, toteż napady na nie i pozyskiwanie od nich środków niezbędnych do przetrwania traktowano jako napad na wroga).

                Na jesień 1946 r. oddział „Salwy” i „Zenita” utracił łączność. Sam „Salwa” nie mógł narzucić dyscypliny, a „Zenit” długo przebywał w szpitalu po tym, jak odniósł ranę. Kilku żołnierzy „Zenita” opuściło teren sądecki i przedostali się na północ, wchodząc stricte w skład oddziału „Salwy”. Zenit dwa razy próbował się wskutek tego dostać się w limanowskie, gdzie obozował „Salwa”. Za drugim razem został przyjęty. Dubaniowski, jako człowiek o twardym charakterze wojskowego, zarzucił Szczypcie brak łączności. Oczywiście wiadomo, że dużą „winę” za to ponosił pobyt „Zenita” w szpitalu. Szczypta po spotkaniu z „Salwą”, nie otrzymawszy żadnych rozkazów, wrócił do siebie, a wkrótce podporządkował się Józefowi Kurasiowi pseud. „Ogień”.

                Dubaniowski nie tylko współpracował z „Zenitem”. Na terenie powiatu limanowskiego utworzył też swój oddział terenowy. Dowodził nim Włodzimierz Morajka pseud. „Błysk”. Nawiązał też kontakty z kpt. Augustynem Rafalskim pseud. „Pogrom” – dowodzącym oddziałem Narodowej Organizacji Wojskowej „Pogrom” – i chor. Franciszkiem Mrozem pseud. „Żółw”, „Bóbr” – z organizacji Wolność i Niezawisłość.

                Oddział kpt. Dubaniowskiego dzięki świetnemu uzbrojeniu i karności żołnierzy, jak również znajomości terenu i mieszkańców oraz znakomitej umiejętności planowania dowódcy był jednym z najaktywniejszych oddziałów małopolskich w 1946 r. Oddział dokonał szeregu akcji. Wystarczy wspomnieć tylko rozbrojenia posterunków milicji w Łukowicy, Łapanowie, Iwkowej, Trzcianie czy Kamionce Wielkiej w pow. limanowskim. Likwidował też sukcesywnie funkcjonariuszy MO i UB oraz konfidentów. Najsłynniejsza akcja miała miejsce 31 marca 1946 r. pod Łapanowem w pow. bocheńskim. Kilka dni wcześniej w wyniku strzelaniny z komunistami zginął jeden z ważnych żołnierzy Dubaniowskiego, Józef Truty pseud. „Lis”. „Salwa” zamówił w dn. 31 marca mszę św. za jego duszę w łapanowskim kościele.  Widać z tego, jaką siłę stanowił oddział Jana, jeśli bez przeszkód nabożeństwo mogło się odbyć w środku miasteczka. Tego samego dnia w tej miejscowości odbywał się komunistyczny propagandowy wiec. Przedstawiciele partii PPR wracali wówczas z niego razem z ubekami i milicjantami. Oddział „Salwy” zaatakował aparatczyków. W strzelaninie zginęło od 7 do 10 komunistów.

W lutym 1947 r. miała miejsce ogłoszona przez władze komunistyczne amnestia. Komuniści deklarowali, że ci partyzanci, którzy zdadzą broń, będą mogli wieść spokojne życie. Po kilku latach przebywania w lesie w każdych, nawet jesiennych i zimowych warunkach, wydawało się to zbawieniem dla utrudzonych partyzantów. W marcu 1947 r. „Salwa” wraz z podkomendnymi postanowił się więc ujawnić. Niestety, UB nie pozwoliło mu podjąć spokojnie pracy i zająć się rodziną. Próbowano go nawet zwerbować do współpracy, by donosił na współtowarzyszy, powiedział o miejscach kwaterowania kolegów, którzy pozostali w lesie. Na szczęście bezskutecznie. „Salwa” okazał się niezłomny. Wskutek ciągłego nachodzenia czy nawet obawy o życie swoje i rodziny (żona, dwoje dzieci), opuścił Kraków, gdzie mieszkał po ujawnieniu, i stworzył grupę przetrwania wraz z zaufanymi ludźmi. Przebywali oni na wsiach, w których wcześniej operowali. Na jesień-zimę „Salwa” zaczął poszukiwać lepszego schronienia. Obławy komunistów stawały się coraz groźniejsze, coraz więcej konfidentów kręciło się po wsiach, niebezpiecznie było nadal pozostawać w tym samym miejscu. Dubaniowski chciał się więc przedostać w góry Beskidu Sądeckiego. Podążając na południe, zatrzymali się pod Czchowem, w Rudzie Kameralnej, w gospodarstwie Jana Rysia. Aby zapewnić sobie środki do utrzymania, grupa „Salwy” zatrzymywała transporty państwowe jadące obecną drogą krajową 75. Jednym z samochodów, na który natrafili, był samochód spółdzielni. Po zarekwirowaniu pieniędzy, niestety, „Salwa” nie zmienił miejsca pobytu oddziału, dlatego też obława sił komunistycznych dopadła ich szybko.  W strzelaninie 27 września 1947 r. zginął kpt. Dubaniowski. Jego żołnierze zdołali się wycofać. Niektórzy z nich jeszcze przez kilka miesięcy żyli w lesie, lecz wkrótce po tym oni również zostali zdekonspirowani.

                Kpt. Dubaniowski, jak zostało wspomniane wyżej, był niezwykłą postacią, Żołnierzem Niezłomnym, który walczył z dwoma wrogami polskości: z Niemcami i Sowietami. W czasie II, antysowieckiej, konspiracji zdołał utworzyć oddział, którego bali się komuniści. Niestety, na skutek sfałszowanych wyborów, zdobywania coraz większej dzięki temu przestrzeni publicznej w Polsce, jak również przez to, że państwa Zachodnie nie przyszły nam z pomocą ani nie wybuchła III wojna światowa, zainstalowana ze Związku Radzieckiego władza (także poprzez sukcesywnie rozbudowywaną sieć tajnych współpracowników) rosła w siłę. Walka partyzantów z przeważającymi siłami wroga okazywała się zbyt trudna. Pomimo to żołnierze „Salwy”, on sam, jak i inni partyzanci okresu powojennego, nie złożyli broni, do końca broniąc polskości i stawiając opór najeźdźcy. Komuniści chcieli wymazać II konspirację z kart historii, ale ostatecznie im się to nie udało. Pamięć o Żołnierzach Wyklętych, o ich heroizmie i wielkim patriotyzmie do dziś trwa. Jasno to pokazuje, że to Wyklęci odnieśli rzeczywiste zwycięstwo, nie komuniści.

Natalia Kyrcz

"Masz synów w lasach, Polsko...", red. D. Golik, Nowy Sącz 2014

Gaweł G., Kalinowski Z., "Do końca byli wierni Bogu i Ojczyźnie", Warszawa 2017

http://podziemiezbrojne.blox.pl/2006/06/Kpt-Jan-Dubaniowski-8222Salwa8221-1912-8211-1947-1.html

http://www.radiomaryja.pl/bez-kategorii/jan-dubaniowski-salwa-i-jego-antykomunistyczna-partyzantka-w-krakowskiem/

http://fakty.interia.pl/tylko-u-nas/news-wyklety-w-jedwabnej-koszuli,nId,1910209