Jerzy Wyskiel – ur. 8 VIII 1945 w Biczycach Dolnych. Ukończył ZSZ w 1963 r. W tym samum roku podjął pracę jako elektromechanik, a następnie kontroler jakości w Spółdzielni Pracy im. 1 Maja. Zwolniony za organizacje strajku o charakterze płacowym w 1975 r. Zatrudniony w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym (WPK), gdzie 28 sierpnia 1980 r. zorganizował pierwszy na Sądecczyźnie strajk solidarnościowy z gdańskimi stoczniowcami. Założyciel „Solidarności” w WPK i wybrany na jej przewodniczącego. W latach 1980 – 1981 członek MKZ Kraków oraz Komitetu Koordynacyjnego w Nowym Sączu. Jeden z przywódców strajku okupacyjnego w sądeckim Ratuszu w styczniu 1981 r. Internowany 13 grudnia 1981 r. w Załężu. Zwolniony 11 lutego 1982 r. ze względu na stan zdrowia. Kolporter niezależnych wydawnictw, aktywny uczestnik Duszpasterstwa Ludzi Pracy i Mszy za Ojczyznę. Uprowadzony 2 września 1983 r. przez funkcjonariuszy UB, pobity w podziemiach siedziby ZOMO na zamku w Nawojowej i wyrzucony z jadącego samochodu w Zawadzie. Od 1983 r. na rencie. Współorganizator obrony herbu miasta z wizerunkiem św. Małgorzaty przed proponowaną w 1987 r. zmianą. Od 1989 do 1997 r. przewodniczący KZ NSZZ „S” WPK. W latach 1993 -1997 przewodniczący BBWR w woj. nowosądeckim.


Wspomnienia  Jerzego Wyskiela dotyczące jego działalności opozycyjnej  w latach 80.  Spisane na podstawie relacji ustnej podczas rozmowy z grupą realizującą projekt „Ślady bohaterów” w dniu 16 października 2017 r. Rozmowa toczyła się w pokoju, w którym w stanie wojennym przebywali m.in. Andrzej Gwiazda, Zofia i Zbigniew Romaszewscy, Jerzy Kropiwnicki, Anna Walentynowicz.

Strajk w WPK

Akurat w sierpniu 1980 wiozłem ostatnią turę dzieci z kolonii w Gdańsku. Aby zatankować autobus pojechałem do zakładu komunikacyjnego, ale tam nie było ludzi, bo strajkowali w Stoczni. Podjechałem pod stocznię, wyszedłem entuzjastycznie witany i obiecałem im, że Związki Zawodowe - nie było wtedy nazwy Solidarność - przeleją się przez całą Polskę i oprą o Tatry. Za tą wypowiedź miałem potem problemy. SB mi ją przytoczyło twierdząc, że jest polityczna i zaszkodziłem polskiej racji stanu.

Po moim powrocie, 28 sierpnia o 4 rano grupa kierowców co przyszła na poranną zmianę, zastanawiała się, co robimy? Podjęliśmy decyzję, że musimy poprzeć stoczniowców w Gdańsku, a przy okazji dodamy nasze postulaty zakładowe.  Nie wyjechaliśmy z zajezdni do godziny 8.00. Zaskoczenie było kompletne – dyrektor nie wiedział o co chodzi. Pokazaliśmy mu pismo z postulatami, a on, że musi pojechać skonsultować je do komitetu wojewódzkiego.

Z postulatów społecznych, ważnym było zezwolenie na budowę kościoła na Millenium, gdyż ludzie od lat się o to na Sądecczyźnie modlili. Inny ważny postulat dotyczył przywrócenie nauki religii do szkół  - jedynie my w Polsce się o to upomnieliśmy.

W komitecie wojewódzkim, kazano dyrektorowi zorganizować zebranie z załogą w zakładzie. 10 września o godzinie 18.00 przyszła cała sądecka „wierchuszka”: wojewoda Lech Bafia […], jego zastępca Edward Ligęza, prezydent miasta Wiesław Oleksy, sekretarz komitetu wojewódzkiego PZPR Bolesław Basiński oraz dziennikarze. Od pracowników zarządano głosowania czy mnie popierają, czy mam prawo w ich imieniu występować. Ludzie oczywiście zaczęli krzyczeć, że popierają więc zacząłem czytać te postulaty pojedynczo. Władza miała umiejętność manipulowania i obiecywania. My chcieliśmy dla biednych pracowników 2 mieszkania socjalne w roku. Bafia na to, że on nam cały blok przy Lwowskiej wybuduje. Płace to nam o 1/3 podniesie – to były strasznie duże pieniądze – a autobusy, że stare mamy to oni nam 20 nowych kupią. W pewnym momencie się wystraszyłem, że ludzie zrezygnują.  No, ale wtedy doszliśmy do kościoła na Millenium i zaczął się problem. Jak przeczytałem ten postulat, Bafia się zdenerwował, wstał i mówi tak „ wcześniej wszystkie drogi betonowe w Sączu zarosną trawą, niż ja wam dam zgodę na budowę kościoła na Millenium”. Gdzieindziej by to może przeszło, ale nie tu na Sądecczyźnie, w sercu katolicyzmu. To było takie zdanie, że jak ludzie zaczęli krzyczeć na niego to poprosili o przerwę i wyszli do dyrektora porozmawiać. A my zastanawialiśmy się co będziemy robić. Postanowiliśmy, że nie popuścimy i dopisaliśmy, że trzeba wywalić Bafię. Wrócili z powrotem i Bafia mówi, że tego się nie da zrealizować, bo nie ma w planie i nie ma o czym dyskutować. Wstałem i powiedziałem: panie wojewodo, jak pan nie może i nie da rady, to proszę żeby pan ustąpił. On stał i ja stałem – długopis mu wypadł z ręki, usiadł na krześle i po chwili wyszli.

Ogłosiłem strajk okupacyjny […]. Po przyjechaniu komisji rządowej z ministrem Zubelewiczem rozpoczęły się rozmowy, które trwały całą noc z soboty na niedzielę. Nad ranem (14) podpisaliśmy porozumienie. Po telefonach do Warszawy zgodzili się na usunięcie wojewody Lecha Bafii […].

 Za to, że byłem wtedy nieustępliwy na zebraniu, sekretarz partii sądeckiej nazwał mnie terrorystą z Chile. Załoga się zbuntowała, poczuła się dotknięta porównaniem do wydarzeń z Chile i poprosiła na piśmie o wyjaśnienia. I sekretarz został odwołany ze stanowiska. 

Zaraz po tym strajku powołany był Komitet Założycielski i zaczęliśmy organizować wybory do niezależnego związku, a jak „Solidarność” została zarejestrowana to przyjęliśmy tę nazwę.

Strajk w Ratuszu

W styczniu wypisaliśmy nadużycia władzy z całego województwa i poszliśmy do Ratusza - ja byłem przewodniczącym. Nie myśleliśmy o strajku. Pan prezydent Oleksy powiedział, że musi nasze postulaty uzgodnić z Komitetem Wojewódzkim. Weszliśmy na salę w Ratuszu. Oleksy wrócił i mówi, że przykro mu, ale nic z tego nie będzie bo ich rozmowy nie interesują. Poprosiłem by przyjechała więc komisja rządowa i rozpatrzyła nasze żądania. Wyszedł. Było już popołudnie, a przyszliśmy rano. Po powrocie stwierdził, że nikt nas nie przyjmie. Co robimy? Strajkujemy – nie ma rady. Będziemy czekać na komisję rządową na tej sali. Oleksy mówi: no to siedźcie. Było nas około 50 osób z wszystkich zakładów z Nowego Sącza, Limanowej, Nowego Targu, Zakopanego. Czekamy jeden dzień, drugi dzień, trzeci, no i… przyjechali, ale ZOMO z Nawojowej w pełnym rynsztunku. Wyprowadzili nas z Ratusza – dobrze, że nas tam nie pobili. Poszliśmy na Zygmuntowską i protestowaliśmy dalej [..].

Stan wojenny

12 grudnia przed północą ktoś zastukał do drzwi. Małżonka myślała, że jej mama się gorzej poczuła i otworzyła drzwi, do których jeden od razu włożył nogę i weszli. Było ich 5. Najmłodszy syn Marcin miał 10 miesięcy i płakał w łóżeczku. Jak chciałem go wziąć na ręce, to tak mnie jeden pchnął, że drzwi wyleciały. Skuli mnie przy płaczących dzieciach i nieubranego w cieniutkich półbucikach wywieźli samochodem do piwnicy na ul. Szwedzkiej. 

Rano o 5 wsadzili nas do takiego auta - budy milicyjnej - co więźniów wozili.  Z Nowego Sącza 20 nas internowano […]. Cały dzień nas wieźli. Kraty były zabudowane, tylko przez szparki można było widzieć. Wieczorem zobaczyliśmy tablicę na Przemyśl. Pomyśleliśmy, że przez granicę w Medyce do ruskich nas wiozą na białe niedźwiedzie.  Ale zawieźli nas do Załęża pod Przemyślem. 

Załęże

W Załężu było nowo wybudowane więzienie dla recydywistów […]. Jak przyjechaliśmy, żeby nas bardzo zastraszyć, ustawili w szpalerze uzbrojone ZOMO z psami. Te psy tak strasznie ujadały, że nawet nogi odsuwaliśmy, aby nas któryś nie ugryzł. Po wprowadzeniu do środka zrobili selekcję. Po 5 do jednej celi, bo 6 to był ich człowiek. Mieli swojego kapusia, żeby słuchał o czym mówimy. W pierwszy dzień wystraszeni się nie zorientowaliśmy, ale w drugi jak odmawialiśmy wieczorem różaniec, to on się nie modlił, tylko leżał na łóżku. Spytałem, dlaczego się nie modli?  Przyznał się, że był wcielony z zakładu pracy na okres stanu wojennego i ma nas kablować co mówimy. Na drugi dzień go wzięli i dali kogoś innego, ale już wiedzieliśmy w czym rzecz.

W celi siedział ze mną m.in. Karol Krasnodębski z Tarnowa, który później był ministrem w wolnej Polsce oraz Krzysiek Holender z Gorlic […].

Szpital w Dębicy

Na Boże Narodzenie przyjechał do nas abp Jerzy Ablewicz mszę świętą odprawić. Ja byłem już wtedy tak chory na serce, że nie mogłem wstać. Msza miała być na korytarzu, w którego dalszej części stało ZOMO. Biskup powiedział do ich szefa – człowiek chory, to dajcie go do szpitala – ale się nie przejmowali. Biskup pojechał, a ja w nocy zasłabłem. Karol Krasnodębski - strasznie fajny człowiek, też taki rewolucjonista – bunt zrobił. Wszyscy zaczęli tłuc miskami o drzwi celi. Ja tego już nie widziałem, ale mi opowiadali. Przyszedł lekarz i stwierdził, że trzeba mnie wziąć do szpitala. Lecz zamiast do Rzeszowa, to wieźli mnie do więziennego szpitala na Montelupich w Krakowie.  Po drodze w Dębicy przestawało mi bić serce i musieli mnie zawieźć do tamtejszego szpitala. Dali mnie do sali gdzie było 7 łóżek, lecz chorych wyrzucili, a dali 4 uzbrojonych, którzy pilnowali mnie dzień i noc. Zaraz na drugi dzień przyszedł ksiądz – jak to w szpitalu przed świętami – i zapytał czy może mnie wyspowiadać. Zgodzili się, 2 wyszło na korytarz, a 2 pod okienko. Ksiądz mówi – nie mów grzechów, tylko gdzie mieszkasz i kogo powiadomić – odpowiedziałem, że żonę. Jak żona się dowiedziała, to poszła na milicję, żeby przepustkę dostać. Mówi, że mąż leży chory w szpitalu, a oni, że jestem zdrowy w więzieniu i nie ma o czym dyskutować.

Jak się esbecy się o tym dowiedzieli, wpadli do mnie do sali i mówią – ubierać go, jedziemy. Lekarz dyżurny przyszedł i mówi, że nie można, bo miałem zawał tylnej ściany i leżę pod kroplówką.  – To my o tym decydujemy – usłyszał. Wtedy jeden z esbeków wyszarpał mi kroplówkę z ręki. Krew się lała, a oni rzucili na mnie płaszcz, do windy, łazika i zawieźli na komisariat milicji w Dębicy. Wrzucili mnie tam na dół do celi – jeden esbek mnie wtedy tak kopnął w plecy, że spadłem […].  Za 2 godziny zapakowali mnie do samochodu i zawieźli z powrotem do Załęża. Jak mnie tam do celi takiego zakrwawionego wpuścili, to chłopaki się przerazili […].

Szpital w Rzeszowie

Byłem w bardzo złym stanie, traciłem przytomność. Koledzy narobili takiego rabanu, że zawieźli mnie z powrotem do szpitala, ale już do Rzeszowa. Wydarzyła się tam śmieszna historia – nie wszystko było takie straszne. Pracowała tam niesłychanie wspaniała doktor Irena Pikorowa. Jej ojciec był Sybirakiem - w kopalni ołowiu robił – i ona nienawidziła tych milicjantów tak, że się w głowie nie mieści. Zaproponowała mi bym zgolił brodę, bo nawet badania z nią ciężko robić […]. Esbecy co mnie pilnowali zmieniali się co 8 godzin i przekazywali sobie kogo pilnują wskazując, że to ten pod ścianą z brodą. Pikorowa im nie pozwoliła wchodzić na salę – zajmowali korytarz – więc jak fryzjer mnie ogolił, to oni tego nie widzieli. Przyszła o godzinie trzeciej zmiana i przekazują sobie, że ten tam z brodą… a tu nie ma takiego z brodą! Pikorową zawołali, a ona mówi - nie ma, to pewnie uciekł. Trudno uwierzyć, ale oni ściągnęli zomowców, którzy przez 2-3 godziny dochodzili którędy uciekłem, szukali śladów, oglądali okno i zastanawiali się jak mogłem wyskoczyć z I piętra. Potem dopiero powiedziała – przecież nie uciekł, leży tam ogolony […]. 6 tygodni tam przeleżałem. Lekarz nie zgodził się na wypisanie mnie do więzienia i zwolnili mnie do domu […]. 

Powrót do domu i uprowadzenie

Na początku po powrocie ze szpitala leżałem, ale jak już zacząłem chodzić to poszedłem odwiedzić kolegów na zakład pracy. Nie było już wtedy dyrektora, bo ich usuwali, tylko komisarz wojskowy. W pierwszy dzień nie robiono problemów. Potem, ile razy przyszedłem, to komisarz wzywał SB i mnie wyprowadzano, ale ja i tak wracałem, co ich strasznie wkurzało – nie mogli już na mnie patrzeć […].

3 września 1983 siedziałem w domu z najmłodszym synem Marcinem. Przyszło wtedy 2 panów i mówią, że biorą mnie na przesłuchanie. Ja do nich, że nigdzie nie pójdę, bo mam małe dziecko pod opieką, a po drugie nie mają nakazu. Oni, że za chwile przyjadą z nakazem. Żona przyszła i mówię jej, że na pewno mnie znowu wsadzą. Postanowiłem pojechać do kardiologa obok szpitala.  Wsiadłem do autobusu, ale patrzę, że za autobusem jedzie cały czas samochód.  Mówię do kolegi kierowcy, że jak skręcimy na Jagiellońską – koło kapliczki Szwedzkiej - to wyskoczę. Tak zrobiłem, schowałem się i jak przejechał samochód, przeszedłem przez planty i byłem prawie pod przychodnią. Niestety […] pod PKS-em zajechali mi drogę, dostałem kolbą w tył głowy i tak przy ludziach wciągnęli mnie do auta. 

Obudziłem się w piwnicach siedziby SB w zamku w Nawojowej. Tam mnie przesłuchiwali. Pytali, kto robił i rozprowadzał ulotki, ale nic im nie powiedziałem. A było tak, że jak przychodziły jakieś ulotki to dawałem szoferom i oni je w autobusie przewozili. O północy przyszedł trzeci esbek i mówi - bierzemy go i wieziemy na konfrontacje. Pomyślałem, że pewnie chłopaki wpadli. Wsadzili mnie do samochodu i ruszyliśmy w stronę Zawady. Jeden esbek siedział koło mnie z tyłu i dwóch z przodu. Esbek palił papierosa. Pod górką, niedaleko od kościoła w Zawadzie, jeden esbek mówi do drugiego – wyrzuć go! Myślałem, że chodzi o papierosa, którego palił, bo śmierdziało. A ten otworzył drzwi i wypchnął mnie prosto pod jadącą za nami taksówkę z pasażerką. Taksówkarz zdążył się zatrzymać i całego poobijanego zawiózł mnie do szpitala. Ci sami esbecy już tam na mnie czekali. Miałem wtedy złamany łokieć, miednicę, uszkodzone kręgi i czaszkę.  Esbecy przyszli do lekarza i chcieli mnie zabrać, ale lekarz powiedział, że musi mieć prześwietlenia i różne badania. Jak wyszli do samochodu, to powiedział, że jak tu zostanę to będą chcieli mnie zabrać. Dał mi wypis, że opuszczam szpital na własne żądanie, w którym wszystko opisał. Sanitariusze przywieźli mnie nad ranem karetką do domu. 

Żona poszła i zgłosiła to do prokuratury. Nie mogłem się ruszać, więc do domu na przesłuchanie przyjechał prokurator wojewódzki z biegłym lekarzem. Przyjechał także ksiądz Łomnicki z kurii tarnowskiej z księdzem Czachorem.

Wyjaśnienia tej sprawy już w wolnej Polsce podjęła się komisja Rokity. Ustalono tych 3 gości co mnie uprowadzili: jeden był esbekiem z Katowic w stopniu kapitana, drugi z jednostki specjalnej w Biskupicach Olsztyńskich, a trzeci, który pokazał gdzie mieszkam, informatorem SB ze straży granicznej.  Nic im jednak nie zrobili – jakiś czas temu przyszło pismo, że już umarli.

Taksówkarz, który mnie wtedy zabrał do szpitala, a potem to zeznał, nazywał się Słomczykowski. Był za to prześladowany, że aż musiał wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywa do dzisiaj. Dostał „bilet w jedną stronę”. Odwiedził mnie już w wolnej Polsce i opowiadał, że aż do Austrii go odtransportowali, żeby nie wrócił.

W 1987 r. brałem udział w międzynarodowej konferencji o praworządności w Krakowie. Już czuć było, że się zbliża wolność, że coś się stanie.