Wywiad z Panią dr Alicją Derkowską, zasłużoną działaczką opozycji antykomunistycznej z lat 80. XX w. i założycielką Zespołu Szkół Społecznych SPLOT w Nowym Sączu. Wywiad przeprowadzono w ramach projektu „Śladem sądeckich społeczników w drodze do niepodległości”.

Co oznacz dla Pani słowo wolność i czego dotyczy?

Słowo wolność znaczy pewnie to co dla wszystkich znaczy słowo wolność. Jest to swoboda wypowiedzi, niezależność...no nie wiem to jest trudne pytanie. Wolność w encyklopedii można znaleźć, prawda. Definicji słowa wolności nie będę wam tutaj przytaczała. Dla mnie wolność oznacza swobodę w różnych dziedzinach życia, swobodę wypowiadania się, wolność słowa, wolność wyznania, wolność przynależności, wolność stowarzyszania się, wolność działania, to jest wolność do czegoś prawda, bo jest jeszcze pojecie wolności od. Jesteśmy wolni od przymusu, od zniewolenia, ale dla mnie wolność raczej jest wolnością do czegoś, żeby wolno mi było coś robić, działać, mówić i tak dalej... 

Jak Pani wspomina czasy Solidarności i czy w jakiś sposób można te wydarzenia odnieść do historii z 1918 roku. Czy jest to dobre porównanie czy jednak nadużycie?

[śmiech] Mnie się wydaje, że to nie jest dobre porównanie, no sorry ale wydaje mi się, że nie. Ja po pierwsze od razu powiem że jestem matematykiem i oczywiście miałam historie w szkole, ale to nie był mój ulubiony przedmiot i tak dokładnie wszystkich tam działań związanych z I wojna światową nie umiem odtworzyć, natomiast wiem, że była to wojna o wolność w sensie  politycznym. Polska była przed I wojną światową, pod zaborami musiała się wyzwolić, więc to jest zupełnie co innego. Teraz mamy przecież wolność, nie jesteśmy pod zaborami, nie ma obcego mocarstwa, żaden obcy władca tutaj nie rządzi, do niczego nie jesteśmy przymuszani politycznie, sami sobie robimy krzywdę polityczną. To jest inna sprawa, ale w każdym razie to jest zupełnie inna sytuacja. Tam to była wyraźnie wojna o niepodległość, żeby z powrotem stworzyć państwo Polskie niezależne od Niemiec, od Rosji, od Austrii. No i to się właśnie udało. W okresie międzywojennym przez 20 lat byliśmy wolni, potem była II wojna, okupacja niemiecka i po okupacji jesteśmy wyzwoleni przez Armie Czerwoną. W pewnym sensie była też okupacja sowiecka, ale nie dosłownie, bowiem tutaj był rząd Polski jednak sterowany z zewnątrz, a to jest już trudniejsze do definicji. Ale to wszystko była walka, a po 89 roku Polska staje się państwem wolnym i niepodległym. To już zupełnie inna wolność. 

Nasz projekt dotyczy walki i udziału kobiet w odzyskaniu niepodległości nawiązujemy tutaj do pani Małeckiej która właśnie w 1918 roku w Nowym Sączu brała udział w odzyskaniu niepodległości. Jak pani wspomina udział kobiet w wydarzeniach związanych z „Solidarnością”? Czy pamięta pani jakieś ważne postacie?

Przenieśliśmy się tutaj z mężem i dwoma synami w 1975 roku. Pracowaliśmy w centrum doskonalenia nauczycieli i chłopcy chodzili normalnie do szkoły. Później w 1980 roku zawiązała się „Solidarność”. Wtedy, tak jak 10 milionów innych ludzi przyłączyliśmy się do tego ruchu. Nie można było się tam zapisać, nie mieliśmy żadnej legitymacji „Solidarności” ani nic. Po prostu człowiek się czuł częścią tego ruchu, więc pomagaliśmy zakładać koła solidarności w szkołach i wtedy masa kobiet brała w tym udział. Nie dawno zmarła taka pani Marta, uciekło mi nazwisko. Zakładała solidarność nauczycielską, kobiet była cała masa, był to bardzo krótki okres bo od 1980-1981 rok z małym ogonkiem. Potem był wprowadzony stan wojenny i w tym stanie tez wiele osób schodziło do podziemia. Razem z mężem straciliśmy pracę, w której uczyliśmy nauczycieli matematyki, takie kursy podyplomowe które prowadziliśmy. Ludzie przyjeżdżali z całej polski ukierunkowani naukami ścisłymi. 13 grudnia miała miejsce śmieszna historia i opowiem taką anegdotkę. Napięcie rosło bo władze komunistyczne opowiadały jakieś bzdury, że „Solidarność” będzie używała przemocy, że robi znaki komunistów na drzwiach żeby potem się do nich włamywać, jakieś potworne bzdury. Więc śmialiśmy się z tego, ale napięcie cały czas rosło i trzynastego, o 4 nad ranem słyszymy stukanie do drzwi, a mieliśmy mnóstwo nielegalnej prasy w domu (ja ciągle mam dużo, mogę pokazać). W szkole są nielegalnie wydawane książki. Przestraszyliśmy się, ale okazało się, że za drzwiami stała żona przewodniczącego Stronnictwa Demokratycznego Jadzia Białoskórska. Cała była zapłakana że jej męża aresztowali i gdzieś go zabrali, chce dzwonić do Warszawy, żeby te władze Stronnictwa Demokratycznego coś zadziałały, ale nie może się dodzwonić, bo ma zablokowany telefon. Stwierdziliśmy, że Sącz jest odcięty. Bez telefonów się nie da więc jakoś szybciutko poroznosiliśmy po sąsiadach tę prasę, którą mieliśmy w domu i myślimy co dalej. O 6 rano włączamy telewizje, pan Gen. Jaruzelski w znanym przemówieniu mówi, że został wprowadzony stan wojenny. Telefony i komunikacja są zablokowane i od tej pory nie wolno podróżować bez specjalnej przepustki. W centrum doskonalenia nauczycieli mieliśmy spotkanie z nauczycielami. Naszym synom powiedzieliśmy,  że maja śniadanie, a my idziemy tam na zajęcia i wrócimy kolo południa. Powiedzieliśmy tym nauczycielom że jest stan wojenny i niech jadą do domu, bo byli przyjezdni z całej Polski. Potem spokojnie wracamy do domu, śnieg po kolana, na przeciwko nas z góry leci nasz sąsiad w kapciach, mówi „nie możecie iść do domu bo po was przyszli” my pytamy kto przyszedł? On mówi, że jacyś faceci stukali do drzwi, dzieci otworzyły. Chłopcy mieli wtedy 9 i 15 lat. Goście pytają się czy są rodzice, dzieci mówią że nie ma i że nie wiedza gdzie są. Nie życzę wam żebyście przez to przeszli, ale w Polakach jest takie świadome zakorzenione z czasów wojny, że człowiek odruchowo robi takie rzeczy nie gada za dużo, odczuwa taki strach podskórny… Dzieci nic nie powiedziały no to tamci sobie poszli. Stwierdziliśmy że wejdziemy do sąsiadki na dole, my mieszkaliśmy na 4 piętrze, do takiej znajomej która też była w „Solidarności”, nauczycielka, zapukaliśmy i spytaliśmy czy możemy usiąść bo podobno nas szukają. Nie mijają 3 minuty pukanie do drzwi, myślę sobie cholera ściągnęliśmy ich jej na głowę no więc ona idzie otworzyć i rzeczywiście są tam jacyś tajniacy, nie w mundurach, tylko tajna policja. Pytają czy pani Kłosowska mówi że tak, no to myśmy przyszli po panią a my sobie siedzimy w salonie na kanapie i myślimy, matko to nie po nas jednak. Zabrali ją na przesłuchanie bo to stan wojenny. 

Martwiliśmy się bo nie było komórek. Zaczęliśmy chodzić po sąsiadach okazuje się, że rzeczywiście sporo ludzi wywlekli z łóżek. Niewiadomo co sie dzieje, poszliśmy do innych sąsiadów w bloku obok, tam siedzimy, pijemy herbatkę i zastanawiamy sie co zrobić. Okazuje się, że u nich na przeciwko był taki Tadek Piasecki, on był kierowcą takiego wielkiego budowlanego samochodu i też działał w „Solidarności”. Nad ranem go zabrali. Zostawił żonę i 4 dzieci. Nie minęła godzina, a Tadek sie zjawia. Pytamy jak było, a on odpowiada, że nic takiego, pytali mnie czy ja wiem to i tamto powiedziałem, że nic nie wiem. Kazali mu coś podpisać, że nie będę mówił nikomu o czym rozmawiali - oczywiście mówił wszystkim. Wypuścili go, pomyśleliśmy ze jeżeli cała zabawa polega na tym, że zaproszą cię na komisariat to nie ma co.

Idziemy do domu. To wszystko dzieje się na Millenium. Patrzymy a tu 4 takich młodych chłopaków wchodzi do naszej klatki i leci na górę, myślimy sobie, że już po nas. Przeczekaliśmy, oni poszli na górę i ja mówię do męża, że może sie przeniesiemy na noc, żeby nie wypatrywać ich ciągle. No to poszliśmy do kolejnych znajomych, na inną ulicę. Mieli domek z ogródkiem, siedzimy u nich. Nie zdążyliśmy wypić herbatki i zjawia się policja pod drzwiami. Myślimy sobie, że znowu ich przywlekliśmy, to jest strasznie śmieszne jak film przygodowy, a oni w ogóle na nas nie patrzą bo przyszli po właściciela, pana Romka też nauczyciela, ale już wszyscy wiedzieli o co chodzi więc żona spakowała mu ciepły sweter i lekarstwa, bo nie wiadomo na jak długo. Zabrali go nie zwracając na nas uwagi. W tym momencie mąż mówi, że my nic złego nie zrobiliśmy i ja nie będę się szlajał po znajomych, sąsiadach i u nich nocował, wracamy do domu. Wróciliśmy był to następny dzień. Ja robię obiad, a Gabriel poszedł po zakupy, jest walenie do drzwi, stoi 4 panów a my z mężem zakładaliśmy się czy przychodzą po niego czy po mnie, byliśmy razem w to wszystko zaangażowani. Nie pełniliśmy żadnych wyższych funkcji typu przewodniczący koła. Przychodzą panowie i pytają czy jest pan Derkowski „No nie ma bo wyszedł” – mówię. „No a kiedy będzie?” - pytają i mówią, że poczekają. Panowie siedzą sobie w pokoju gościnnym, a ja w tej kuchni i sobie myślę, matko jednak po niego przyszli, wyglądam przez okno i idzie. Zastanawiam sie w jaki sposób go ostrzegę – macham. Podniósł wzrok, stanął i poszedł do domu. Przyszedł i mówię, że panowie po niego przyszli a oni mówią, że „państwo pojedziecie teraz z nami”. Ja pytam „Panowie przyszli po niego czy po mnie”? Nie, musimy iść oboje. Jak ja zostawię kurczaka w piecu i dzieciaki, myślę. Naczytałam się jak policja traktuje ludzi: czasem miło czasem nie. Tamci których zabrali nie wrócili następnego dnia i wiedzieliśmy, że gdzieś ich wywieźli, pojechali głownie do więzienia w Załężu. Przez moment pomyślałam sobie, że ja tu urządzę scenę historii, zupełnie wykalkulowaną, rozedrę sie na korytarzu, tam są 4 mieszkania, sąsiedzi wybiegną i niech wiedzą. Tyle, że ja tego nie uzgodniłam z dziećmi i stwierdziłam, że jak zacznę sie drzeć i płakać to dzieci sie strasznie zdenerwują. Tylko zapukałam do wszystkich drzwi i powiedziałam, że nas tu zabierają, to jest adres mojej mamy w Łodzi, tu jest telefon. Zabrali nas na przesłuchanie, policja była wtedy koło poczty. 

Przesłuchanie. Ja miałam takiego zwykłego pana, który zwyczajnie sie pytał: „a czy pani wie gdzie drukują prasę podziemną?” itp. Ciągnęło się to godzinami, po jakimś czasie przyniósł mi herbatę, ale ja się bałam wypić. Więc nie tknęłam tej herbaty, w pewnym momencie zaczęłam się łamać i mówię do niego: „Wie pan co? Musi pan powiedzieć co jest z moim mężem”. Wyszedł, wrócił i powiedział: „Wie pani no nie jest dobrze, gdyby pani nam tutaj pomogła to jemu tez pomożemy”. Nic z tego nie wyszło. Trwało to dobre parę godzin. Kazali mi podpisać takie coś, że nie będę mówiła o tym co sie tutaj działo. Podpisałam i wyszłam. Stoję sobie na ulicy, było ciemno i myślę sobie, że mojego męża nie ma. Nie przeszłam dwóch kroków i wylatuje za mną taki facet, prosi żebym z powrotem wróciła. Sterczenie pod komisariatem to same kłopoty. Pogadaliśmy i mnie wypuścił. Przyjeżdżam do domu, wjeżdżam na to 4 piętro otwieram drzwi od windy, a tu wszyscy sie cieszą i Gabriel już od paru godzin jest w domu. Naprawdę słowo „Solidarność” wtedy znaczyło to co znaczy, czyli ludzie sobie pomagali, myśmy wiedzieli gdzie są ci ludzie, których aresztowali. 

Był taki starszy pan który mieszkał z jeszcze starszą matka i zostawił ja samotną, wszyscy pomagali. Zbieraliśmy pieniądze, nikt nie podpisywał pokwitowań. Czasami słyszę, że jest WOŚP i jakiś dzieciak  z tej puszki wyjmie pieniądze, wtedy takie rzeczy sie nie zdarzały, bardzo sprawnie wszystko działało. Najpierw nam powiedzieli, że nie możemy uczyć, no to co mamy robić? Mieliśmy robić coś żeby nie mieć kontaktu z ludźmi. Ja układałam puzzle. Potem zwolnili nas z pracy. Myślałam, że jak ktoś jest żywicielem rodziny to nie można go zostawić. Poszłam do ratusza sie wykłócać i okazuje się, że nie ma takiego prawa. To był taki zwyczaj, że sie tego nie robi, no to chciałam sie dowiedzieć z jakiego powodu mnie zwolnili. Okazało się, że jesteśmy za dobrze wykształceni, oni nie potrzebują doktorów matematyki. Nie ma argumentu to było jedyne uzasadnienie, ale trzeba z czegoś żyć mamy dwoje dzieci nikt nie miał oszczędności, dostawaliśmy pierwszego pieniądze i do pierwszego następnego miało starczyć. Poszliśmy do kuratora i mówimy, że będziemy uczyć w szkole, jak nie możemy w tym centrum „Nie, w szkole nie ma miejsca” – mówi. Nawet na wsi. 

Jeszcze w Łodzi należeliśmy do Polskiego Towarzystwa Matematycznego i ktoś tam musiał dać znać, bo pewnego dnia przyszły bardzo miłe dwie panie i powiedziały, że są z Uniwersytetu Jagiellońskiego, uzbierali pewną kwotę pieniędzy i nam ją dali. „To nie jest tak, że my umieramy z głodu” - mówię. Powiedzieli, że jak nie mamy co z tym zrobić, to żebyśmy dali komuś bardziej potrzebującemu. Ludzie wychodzili ze skóry żeby sobie pomagać. Polskie Towarzystwo Matematyczne załatwiło nam prace w Szczecinie. Na co mój mąż odpowiedział, że nikt mu nie będzie dyktować, co ma robić, gdzie mieszkać i że my chcemy mieszkać w Sączu. Podziękowaliśmy. Dostaliśmy odprawę pół roku pensji mojej i Gabriela, zaczęliśmy się zastanawiać, co tu robić. Otworzyliśmy sklepik ze wszystkim: obrusy, talerze i zabawki. Był daleko na Helenie, w garażu, było tam bardzo zimno. Po pewnym czasie doszliśmy do wniosku, że to wszystko nie ma sensu i rozwiązaliśmy tą spółkę. Wtedy Gabriel wpadł na pomysł, żeby otworzyć sklepik z jedzeniem na naszym osiedlu.  Ludzie głównie pracowali na Słowacji i przywozili nam np. słodycze. Zarabiać to średnio zarabialiśmy, ale głodni nie byliśmy. W kwietniu w 1982 r. dowiedziałam się, że powstaje jedna ze struktur podziemia, nazywa sie Rada Edukacji Narodowej. Zgłosiłam się i od tej pory, przez cały stan wojenny co miesiąc jeździłam do Warszawy i tam sie spotykaliśmy. Mieliśmy problem, co zrobić jak przyjdzie policja na nasze spotkanie. No to niby były to urodziny, imieniny, szukaliśmy uzasadnienia. Były dwie osoby spoza Warszawy, wielu profesorów. Zastanawialiśmy się, co zrobić bo stanie wojennym. Zakładaliśmy towarzystwa. Stan wojenny rozmywał się, coraz mniej sie o tym mówiło, postanowiliśmy się zarejestrować u pani Józefy Henelowej, tej z „Tygodnika Powszechnego”. Profesor Błoński został pierwszym prezesem MTO, Towarzystwo powstało po to żeby założyć szkołę. 

W opozycji były inne kobiety. Ewa Andrzejewska to taka pani, która siedziała w więzieniu. Ona jest architektem, ale zarówno pięknie maluje. Trzymali ją przez parę miesięcy. Była masa kobiet, jak Lubka Wójcowa, bardzo się udzielała, zrobiła masę rzeczy.

Jak ocenia Pani naszą polską wolność? Czy tak sobie Pani ją sobie wyobrażała w latach 80 i czy w dzisiejszych czasach termin ,,wolność’ ma takie same znaczenie jak w latach 80 ?

Nie tak sobie ją wyobrażałam jak teraz to wygląda. Słuchajcie ja nie wiem jak ja mam wam to powiedzieć, to jest takie gorzkie rozczarowanie i to, co się teraz dzieje. W ,,Solidarności'' w stanie wojennym, rzeczywiście się ryzykowało, no nie życiem, bez przesady, ale więzieniem. Ludzie siedzieli, siedzieli po pół roku, po roku, po dwa lata, po cztery lata, różnie. Nasi znajomi, ten kierowca Tadek Piasecki, jak go wypuścili, nie mógł przeżyć, że jego koledzy siedzą, a jego wypuścili. No to on zaczął drukować gazetkę ,,Głos Nowosądecki”, czy coś takiego. Gazetka była powielana, potwornie to wyglądało, było strasznie trudne do czytania, wszystko się rozmazywało, ale on ją wystukiwał na maszynie u siebie w biurze, gdzie pracował w przedsiębiorstwie. Bardzo łatwo było później wyśledzić gdzie to drukowano, bo każda maszyna jakoś inaczej odbija każdą literę: wyżej albo krzywo albo coś, więc na prawdę łatwo sprawdzić, z której maszyny to pochodzi. On wtedy przylatywał do nas z tymi, żeby sprawdzić, czy jest dobrze, czy się zgadzamy, czy coś dodać. Na jednej stronie drukował i odbijał przez kalkę. Pewnego razu przyszedł do nas, przyniósł takie coś i poszedł. Mój mąż później wychodzi i mówi: „Ty wiesz, że on położył u sąsiadów na słomiance, od nas począwszy, cały czas w dół”. No dziękuje bardzo, wystarczyło się przejść i zobaczyć, gdzie się kończy ta dróżka. No ludzie czasami nie myślą. Oczywiście go złapali, oczywiście razem z paroma innymi go aresztowali i też przesiedział tam trochę. Potem część ludzi emigrowała. On na przykład wyjechał z całą rodziną: miał żonę i 3 dzieci, z czego jedno było chore na serce. Wyemigrowali do Szwecji i z tej Szwecji to on do nas pisał listy, pierwszy raz leciał samolotem, było fantastycznie. Zabrali ze sobą wszystko, co mogli zabrać, jakieś garnki, a tam okazuje się, że wszystko było urządzone: całe mieszkanie, lodówka, kuchnie, wszystko pełne. Nauczył się szwedzkiego, dostał pracę. Było nadzwyczajnie. Niektórzy wyjechali do Norwegii, tam też się nimi tak zajęli, że dostali od razu pracę. Ja potem w stanie wojennym jeździłam do Norwegii i sprzedawałam obrazki malowane na szkle i gobeliny, które specjalnie zamawialiśmy w Bobowej, bo tam piękne tkali koronki. Jeździłam autostopem, było fajnie. Stąd autobusem do Krakowa, z Krakowa pociągiem do Świnoujścia, potem promem, a potem autostopem do Norwegii. 

Mam jeszcze taką przedziwną historię, którą uwielbiam opowiadać. Mianowicie, spałam w biurze takiej organizacji, która się nazywała ,,Solidarność polsko-norweska''. W Oslo mieli biuro: kanapa, sofa, express do kawy, prysznic. Pomagali mi sprzedawać to wszystko, pieniądze tu przywoziłam, na „Solidarność”, na pomoc rodzinom tych osób, które były w więzieniu. Pewnego razu sobie załadowałam taki wielki plecak - te obrazki na szkle są strasznie ciężkie. Miałam potwornie ciężki ten plecak, wiozłam też drewniane krzyżyki: Chrystus był na krzyżu i głowę miał spuszczoną. Ponieważ to było dosyć duże i mi się to nie mieściło, umocowałam to pod klapą. Ledwo uniosłam ten plecak, mąż mnie wpakował w autobus, potem ktoś mi pomógł go tam przenieść, bo nie byłam w stanie go sama założyć. Mogłam iść z nim, ale nie mogłam go podnieść. Dojechałam do Świnoujścia. Dwa razy dziennie odpływały promy. Jeden wypływał rano i przypływał popołudniu, drugi wieczorem i przychodził rano. No to lepiej było płynąć tym wieczornym, żeby być tam rano i łapać autostop. Jakoś tak przyjechałam, że jeszcze tamten stał: wsiadłam, popłynęłam. Przypłynęłam do Isstad, jakoś się wypakowałam no i myślę sobie, co będę tu siedzieć, wyjdę, może akurat będzie ktoś jechał w tamtą stronę. Wyszłam na szosę z tym plecakiem, nie myśląc, usiadłam na kamieniu i zdjęłam ten plecak, no i myślę sobie, że ja już nie wstanę, nie założę tego plecaka. Jedzie jeden tir, drugi, trzeci. Jeden tir się zatrzymał, kierowca zapytał dokąd ja jadę, no to ja jadę do Oslo, no a on jedzie do Sztokholmu. Powiedział, że może mnie kawałek podwieźć, tam 100 km, potem się drogi rozdzielają. Ja sobie myślałam, że jak będzie to rozwidlenie, to będzie jakaś stacja benzynowa, jakaś miejscowość. Tymczasem dojeżdżamy i to było w środku lasu, nie było nikogo, żywego ducha, noc ciemna, on mnie wysadził z tym plecakiem i pojechał. No to ja stoję, nie mogłam założyć tego plecaka, więc zaczęłam go ciągnąć i przeciągnęłam go dalej, żeby ludzie wiedzieli, że ja do Oslo. Zatrzymał się jakiś samochód osobowy. Potem się okazało, że to był pracownik z Isstad, z tego promu, powiedział, że może mnie podwieźć 50 km, bo nie jedzie do Oslo. I ja się biorę za ten plecak, patrzę, a temu drewnianemu Chrystusowi urwała się głowa i ja zaczynam jej szukać. Kierowca zapytał czego tak szukam? Ja już otwieram usta, żeby powiedzieć, że głowy Chrystusa (śmiech) i pomyślałam, że jak ja to powiem, to on ucieknie. Facet mi pomógł, podwiózł mnie. 

A wracając do pojęcia wolności – zmieniło się jego znaczenie?

Ja myślę, że w dzisiejszych czasach termin ,,wolność'' nie ma takiego samego znaczenia jak w latach 80. Nie ma znaczenia jak niepodległość, niepodlegli to my jesteśmy, to nie o to chodzi. Ja nie wiem, czy my teraz walczymy o wolność, my teraz walczymy bardziej o demokrację, o tolerancję, o jakąś kulturę języka. Wiecie, co mnie najbardziej razi, to straszne chamstwo, które się rozlewa, język, którym my się posługujemy, to, że publicznie wypowiadający się ludzie, wszystko jedno czy to są władze rządowe czy samorządowe, czy dziennikarze, tak strasznie kłamią w żywe oczy. Mnie to po prostu boli, że ludzie potrafią mówić publicznie w oczy taka nieprawdę. Wstydu nie mają żadnego, poza tym język, ta mowa nienawiści tego wszystkiego nie było i bardzo boli, że myśmy się tak starali, żeby się dostać do tej Unii, jaka to była olbrzymia praca, żeby dostosować przepisy polskie. Ta cała praca została wykonana, te 10 lat ludzie ciężko pracowali, żeby jakoś to wszystko dopasować. Nie macie pojęcia jaka to jest ulga, jeździć sobie po Europie, my nie możemy się ciągle nacieszyć, że po prostu wsiadasz w samochód i jedziesz, nie czekasz na granicy, nikt cie nie kontroluje, nie zauważasz gdzie jest ta granica. Paszport, o niego trzeba było prosić, albo się dostawało albo nie, a jak się już dostało i pojechało, to trzeba było go oddać od razu po przyjeździe. Teraz tego nie ma, wy tego nie czujecie. My pamiętamy, że nie zawsze tak było i nie zawsze tak będzie. Unia nam dopłaca potworne pieniądze, czy do rolnictwa, do dróg, do infrastruktury do masy rzeczy, a my wszystko bierzemy, dziękujemy i nie dajemy nic w zamian od siebie, nie bierzemy na siebie żadnych zobowiązań. Ja myślę ,że to, o co powinniśmy walczyć teraz to właśnie, żeby nas z tej Unii nie wyrzucili i żeby prostować te kłamstwa, które są wszędzie rozsiewane i po pierwsze robić swoje. Ja uważam tak jak w piosence Młynarskiego, róbmy swoje. Miejmy taką szkołę, jaką chcemy mieć, bardzo byśmy chcieli, żeby uczniowie też brali udział w tworzeniu tej szkoły. Jak macie na coś ochotę, to mówcie, przyjdźcie i powiedzcie. My wtedy postaramy się tak zorganizować, żeby wam pójść na rękę, to jest dla mnie bardzo ważne.

Dziękujemy za rozmowę. 

Z Panią Alicją Derkowską rozmawiały: Wiktoria Ptak, Aleksandra Sus, Aleksandra Kowalczyk i Melania Furman (kl. III LO w Liceum SPLOT im. Jana Karskiego w Nowym Sączu).  

 

Wywiad z Panią dr Alicją Derkowską, zasłużoną działaczką opozycji antykomunistycznej z lat 80. XX w. i założycielką Zespołu Szkół Społecznych SPLOT w Nowym Sączu. Wywiad przeprowadzono w ramach projektu „Śladem sądeckich społeczników w drodze do niepodległości”
Co oznacz dla Pani słowo wolność i czego dotyczy?
Słowo wolność znaczy pewnie to co dla wszystkich znaczy słowo wolność. Jest to swoboda wypowiedzi, niezależność...no nie wiem to jest trudne pytanie. Wolność w encyklopedii można znaleźć, prawda. Definicji słowa wolności nie będę wam tutaj przytaczała. Dla mnie wolność oznacza swobodę w różnych dziedzinach życia, swobodę wypowiadania się, wolność słowa, wolność wyznania, wolność przynależności, wolność stowarzyszania się, wolność działania, to jest wolność do czegoś prawda, bo jest jeszcze pojecie wolności od. Jesteśmy wolni od przymusu, od zniewolenia, ale dla mnie wolność raczej jest wolnością do czegoś, żeby wolno mi było coś robić, działać, mówić i tak dalej... 
Jak Pani wspomina czasy Solidarności i czy w jakiś sposób można te wydarzenia odnieść do historii z 1918 roku. Czy jest to dobre porównanie czy jednak nadużycie ?
[śmiech] Mnie się wydaje, że to nie jest dobre porównanie, no sorry ale wydaje mi się, że nie. Ja po pierwsze od razu powiem że jestem matematykiem i oczywiście miałam historie w szkole, ale to nie był mój ulubiony przedmiot i tak dokładnie wszystkich tam działań związanych z I wojna światową nie umiem odtworzyć, natomiast wiem, że była to wojna o wolność w sensie  politycznym. Polska była przed I wojną światową, pod zaborami musiała się wyzwolić, więc to jest zupełnie co innego. Teraz mamy przecież wolność, nie jesteśmy pod zaborami, nie ma obcego mocarstwa, żaden obcy władca tutaj nie rządzi, do niczego nie jesteśmy przymuszani politycznie, sami sobie robimy krzywdę polityczną. To jest inna sprawa, ale w każdym razie to jest zupełnie inna sytuacja. Tam to była wyraźnie wojna o niepodległość, żeby z powrotem stworzyć państwo Polskie niezależne od Niemiec, od Rosji, od Austrii. No i to się właśnie udało. W okresie międzywojennym przez 20 lat byliśmy wolni, potem była II wojna, okupacja niemiecka i po okupacji jesteśmy wyzwoleni przez Armie Czerwoną. W pewnym sensie była też okupacja sowiecka, ale nie dosłownie, bowiem tutaj był rząd Polski jednak sterowany z zewnątrz, a to jest już trudniejsze do definicji. Ale to wszystko była walka, a po 89 roku Polska staje się państwem wolnym i niepodległym. To już zupełnie inna wolność. 
Nasz projekt dotyczy walki i udziału kobiet w odzyskaniu niepodległości nawiązujemy tutaj do pani Małeckiej która właśnie w 1918 roku w Nowym Sączu brała udział w odzyskaniu niepodległości. Jak pani wspomina udział kobiet w wydarzeniach związanych z „Solidarnością”? Czy pamięta pani jakieś ważne postacie?
 
Przenieśliśmy się tutaj z mężem i dwoma synami w 1975 roku. Pracowaliśmy w centrum doskonalenia nauczycieli i chłopcy chodzili normalnie do szkoły. Później w 1980 roku zawiązała się „Solidarność”. Wtedy, tak jak 10 milionów innych ludzi przyłączyliśmy się do tego ruchu. Nie można było się tam zapisać, nie mieliśmy żadnej legitymacji „Solidarności” ani nic. Po prostu człowiek się czuł częścią tego ruchu, więc pomagaliśmy zakładać koła solidarności w szkołach i wtedy masa kobiet brała w tym udział. Nie dawno zmarła taka pani Marta, uciekło mi nazwisko. Zakładała solidarność nauczycielską, kobiet była cała masa, był to bardzo krótki okres bo od 1980-1981 rok z małym ogonkiem. Potem był wprowadzony stan wojenny i w tym stanie tez wiele osób schodziło do podziemia. Razem z mężem straciliśmy pracę, w której uczyliśmy nauczycieli matematyki, takie kursy podyplomowe które prowadziliśmy. Ludzie przyjeżdżali z całej polski ukierunkowani naukami ścisłymi. 13 grudnia miała miejsce śmieszna historia i opowiem taką anegdotkę. Napięcie rosło bo władze komunistyczne opowiadały jakieś bzdury, że „Solidarność” będzie używała przemocy, że robi znaki komunistów na drzwiach żeby potem się do nich włamywać, jakieś potworne bzdury. Więc śmialiśmy się z tego, ale napięcie cały czas rosło i trzynastego, o 4 nad ranem słyszymy stukanie do drzwi, a mieliśmy mnóstwo nielegalnej prasy w domu (ja ciągle mam dużo, mogę pokazać). W szkole są nielegalnie wydawane książki. Przestraszyliśmy się, ale okazało się, że za drzwiami stała żona przewodniczącego Stronnictwa Demokratycznego Jadzia Białoskórska. Cała była zapłakana że jej męża aresztowali i gdzieś go zabrali, chce dzwonić do Warszawy, żeby te władze Stronnictwa Demokratycznego coś zadziałały, ale nie może się dodzwonić, bo ma zablokowany telefon. Stwierdziliśmy, że Sącz jest odcięty. Bez telefonów się nie da więc jakoś szybciutko poroznosiliśmy po sąsiadach tę prasę, którą mieliśmy w domu i myślimy co dalej. O 6 rano włączamy telewizje, pan Gen. Jaruzelski w znanym przemówieniu mówi, że został wprowadzony stan wojenny. Telefony i komunikacja są zablokowane i od tej pory nie wolno podróżować bez specjalnej przepustki. W centrum doskonalenia nauczycieli mieliśmy spotkanie z nauczycielami. Naszym synom powiedzieliśmy,  że maja śniadanie, a my idziemy tam na zajęcia i wrócimy kolo południa. Powiedzieliśmy tym nauczycielom że jest stan wojenny i niech jadą do domu, bo byli przyjezdni z całej Polski. Potem spokojnie wracamy do domu, śnieg po kolana, na przeciwko nas z góry leci nasz sąsiad w kapciach, mówi „nie możecie iść do domu bo po was przyszli” my pytamy kto przyszedł? On mówi, że jacyś faceci stukali do drzwi, dzieci otworzyły. Chłopcy mieli wtedy 9 i 15 lat. Goście pytają się czy są rodzice, dzieci mówią że nie ma i że nie wiedza gdzie są. Nie życzę wam żebyście przez to przeszli, ale w Polakach jest takie świadome zakorzenione z czasów wojny, że człowiek odruchowo robi takie rzeczy nie gada za dużo, odczuwa taki strach podskórny… Dzieci nic nie powiedziały no to tamci sobie poszli. Stwierdziliśmy że wejdziemy do sąsiadki na dole, my mieszkaliśmy na 4 piętrze, do takiej znajomej która też była w „Solidarności”, nauczycielka, zapukaliśmy i spytaliśmy czy możemy usiąść bo podobno nas szukają. Nie mijają 3 minuty pukanie do drzwi, myślę sobie cholera ściągnęliśmy ich jej na głowę no więc ona idzie otworzyć i rzeczywiście są tam jacyś tajniacy, nie w mundurach, tylko tajna policja. Pytają czy pani Kłosowska mówi że tak, no to myśmy przyszli po panią a my sobie siedzimy w salonie na kanapie i myślimy, matko to nie po nas jednak. Zabrali ją na przesłuchanie bo to stan wojenny. 
Martwiliśmy się bo nie było komórek. Zaczęliśmy chodzić po sąsiadach okazuje się, że rzeczywiście sporo ludzi wywlekli z łóżek. Niewiadomo co sie dzieje, poszliśmy do innych sąsiadów w bloku obok, tam siedzimy, pijemy herbatkę i zastanawiamy sie co zrobić. Okazuje się, że u nich na przeciwko był taki Tadek Piasecki, on był kierowcą takiego wielkiego budowlanego samochodu i też działał w „Solidarności”. Nad ranem go zabrali. Zostawił żonę i 4 dzieci. Nie minęła godzina, a Tadek sie zjawia. Pytamy jak było, a on odpowiada, że nic takiego, pytali mnie czy ja wiem to i tamto powiedziałem, że nic nie wiem. Kazali mu coś podpisać, że nie będę mówił nikomu o czym rozmawiali - oczywiście mówił wszystkim. Wypuścili go, pomyśleliśmy ze jeżeli cała zabawa polega na tym, że zaproszą cię na komisariat to nie ma co.
Idziemy do domu. To wszystko dzieje się na Millenium. Patrzymy a tu 4 takich młodych chłopaków wchodzi do naszej klatki i leci na górę, myślimy sobie, że już po nas. Przeczekaliśmy, oni poszli na górę i ja mówię do męża, że może sie przeniesiemy na noc, żeby nie wypatrywać ich ciągle. No to poszliśmy do kolejnych znajomych, na inną ulicę. Mieli domek z ogródkiem, siedzimy u nich. Nie zdążyliśmy wypić herbatki i zjawia się policja pod drzwiami. Myślimy sobie, że znowu ich przywlekliśmy, to jest strasznie śmieszne jak film przygodowy, a oni w ogóle na nas nie patrzą bo przyszli po właściciela, pana Romka też nauczyciela, ale już wszyscy wiedzieli o co chodzi więc żona spakowała mu ciepły sweter i lekarstwa, bo nie wiadomo na jak długo. Zabrali go nie zwracając na nas uwagi. W tym momencie mąż mówi, że my nic złego nie zrobiliśmy i ja nie będę się szlajał po znajomych, sąsiadach i u nich nocował, wracamy do domu. Wróciliśmy był to następny dzień. Ja robię obiad, a Gabriel poszedł po zakupy, jest walenie do drzwi, stoi 4 panów a my z mężem zakładaliśmy się czy przychodzą po niego czy po mnie, byliśmy razem w to wszystko zaangażowani. Nie pełniliśmy żadnych wyższych funkcji typu przewodniczący koła. Przychodzą panowie i pytają czy jest pan Derkowski „No nie ma bo wyszedł” – mówię. „No a kiedy będzie?” - pytają i mówią, że poczekają. Panowie siedzą sobie w pokoju gościnnym, a ja w tej kuchni i sobie myślę, matko jednak po niego przyszli, wyglądam przez okno i idzie. Zastanawiam sie w jaki sposób go ostrzegę – macham. Podniósł wzrok, stanął i poszedł do domu. Przyszedł i mówię, że panowie po niego przyszli a oni mówią, że „państwo pojedziecie teraz z nami”. Ja pytam „Panowie przyszli po niego czy po mnie”? Nie, musimy iść oboje. Jak ja zostawię kurczaka w piecu i dzieciaki, myślę. Naczytałam się jak policja traktuje ludzi: czasem miło czasem nie. Tamci których zabrali nie wrócili następnego dnia i wiedzieliśmy, że gdzieś ich wywieźli, pojechali głownie do więzienia w Załężu. Przez moment pomyślałam sobie, że ja tu urządzę scenę historii, zupełnie wykalkulowaną, rozedrę sie na korytarzu, tam są 4 mieszkania, sąsiedzi wybiegną i niech wiedzą. Tyle, że ja tego nie uzgodniłam z dziećmi i stwierdziłam, że jak zacznę sie drzeć i płakać to dzieci sie strasznie zdenerwują. Tylko zapukałam do wszystkich drzwi i powiedziałam, że nas tu zabierają, to jest adres mojej mamy w Łodzi, tu jest telefon. Zabrali nas na przesłuchanie, policja była wtedy koło poczty. 
Przesłuchanie. Ja miałam takiego zwykłego pana, który zwyczajnie sie pytał: „a czy pani wie gdzie drukują prasę podziemną?” itp. Ciągnęło się to godzinami, po jakimś czasie przyniósł mi herbatę, ale ja się bałam wypić. Więc nie tknęłam tej herbaty, w pewnym momencie zaczęłam się łamać i mówię do niego: „Wie pan co? Musi pan powiedzieć co jest z moim mężem”. Wyszedł, wrócił i powiedział: „Wie pani no nie jest dobrze, gdyby pani nam tutaj pomogła to jemu tez pomożemy”. Nic z tego nie wyszło. Trwało to dobre parę godzin. Kazali mi podpisać takie coś, że nie będę mówiła o tym co sie tutaj działo. Podpisałam i wyszłam. Stoję sobie na ulicy, było ciemno i myślę sobie, że mojego męża nie ma. Nie przeszłam dwóch kroków i wylatuje za mną taki facet, prosi żebym z powrotem wróciła. Sterczenie pod komisariatem to same kłopoty. Pogadaliśmy i mnie wypuścił. Przyjeżdżam do domu, wjeżdżam na to 4 piętro otwieram drzwi od windy, a tu wszyscy sie cieszą i Gabriel już od paru godzin jest w domu. Naprawdę słowo „Solidarność” wtedy znaczyło to co znaczy, czyli ludzie sobie pomagali, myśmy wiedzieli gdzie są ci ludzie, których aresztowali. 
Był taki starszy pan który mieszkał z jeszcze starszą matka i zostawił ja samotną, wszyscy pomagali. Zbieraliśmy pieniądze, nikt nie podpisywał pokwitowań. Czasami słyszę, że jest WOŚP i jakiś dzieciak  z tej puszki wyjmie pieniądze, wtedy takie rzeczy sie nie zdarzały, bardzo sprawnie wszystko działało. Najpierw nam powiedzieli, że nie możemy uczyć, no to co mamy robić? Mieliśmy robić coś żeby nie mieć kontaktu z ludźmi. Ja układałam puzzle. Potem zwolnili nas z pracy. Myślałam, że jak ktoś jest żywicielem rodziny to nie można go zostawić. Poszłam do ratusza sie wykłócać i okazuje się, że nie ma takiego prawa. To był taki zwyczaj, że sie tego nie robi, no to chciałam sie dowiedzieć z jakiego powodu mnie zwolnili. Okazało się, że jesteśmy za dobrze wykształceni, oni nie potrzebują doktorów matematyki. Nie ma argumentu to było jedyne uzasadnienie, ale trzeba z czegoś żyć mamy dwoje dzieci nikt nie miał oszczędności, dostawaliśmy pierwszego pieniądze i do pierwszego następnego miało starczyć. Poszliśmy do kuratora i mówimy, że będziemy uczyć w szkole, jak nie możemy w tym centrum „Nie, w szkole nie ma miejsca” – mówi. Nawet na wsi. 
Jeszcze w Łodzi należeliśmy do Polskiego Towarzystwa Matematycznego i ktoś tam musiał dać znać, bo pewnego dnia przyszły bardzo miłe dwie panie i powiedziały, że są z Uniwersytetu Jagiellońskiego, uzbierali pewną kwotę pieniędzy i nam ją dali. „To nie jest tak, że my umieramy z głodu” - mówię. Powiedzieli, że jak nie mamy co z tym zrobić, to żebyśmy dali komuś bardziej potrzebującemu. Ludzie wychodzili ze skóry żeby sobie pomagać. Polskie Towarzystwo Matematyczne załatwiło nam prace w Szczecinie. Na co mój mąż odpowiedział, że nikt mu nie będzie dyktować, co ma robić, gdzie mieszkać i że my chcemy mieszkać w Sączu. Podziękowaliśmy. Dostaliśmy odprawę pół roku pensji mojej i Gabriela, zaczęliśmy się zastanawiać, co tu robić. Otworzyliśmy sklepik ze wszystkim: obrusy, talerze i zabawki. Był daleko na Helenie, w garażu, było tam bardzo zimno. Po pewnym czasie doszliśmy do wniosku, że to wszystko nie ma sensu i rozwiązaliśmy tą spółkę. Wtedy Gabriel wpadł na pomysł, żeby otworzyć sklepik z jedzeniem na naszym osiedlu.  Ludzie głównie pracowali na Słowacji i przywozili nam np. słodycze. Zarabiać to średnio zarabialiśmy, ale głodni nie byliśmy. W kwietniu w 1982 r. dowiedziałam się, że powstaje jedna ze struktur podziemia, nazywa sie Rada Edukacji Narodowej. Zgłosiłam się i od tej pory, przez cały stan wojenny co miesiąc jeździłam do Warszawy i tam sie spotykaliśmy. Mieliśmy problem, co zrobić jak przyjdzie policja na nasze spotkanie. No to niby były to urodziny, imieniny, szukaliśmy uzasadnienia. Były dwie osoby spoza Warszawy, wielu profesorów. Zastanawialiśmy się, co zrobić bo stanie wojennym. Zakładaliśmy towarzystwa. Stan wojenny rozmywał się, coraz mniej sie o tym mówiło, postanowiliśmy się zarejestrować u pani Józefy Henelowej, tej z „Tygodnika Powszechnego”. Profesor Błoński został pierwszym prezesem MTO, Towarzystwo powstało po to żeby założyć szkołę. 
W opozycji były inne kobiety. Ewa Andrzejewska to taka pani, która siedziała w więzieniu. Ona jest architektem, ale zarówno pięknie maluje. Trzymali ją przez parę miesięcy. Była masa kobiet, jak Lubka Wójcowa, bardzo się udzielała, zrobiła masę rzeczy.
 
Jak ocenia Pani naszą polską wolność? Czy tak sobie Pani ją sobie wyobrażała w latach 80 i czy w dzisiejszych czasach termin ,,wolność’ ma takie same znaczenie jak w latach 80 ?
Nie tak sobie ją wyobrażałam jak teraz to wygląda. Słuchajcie ja nie wiem jak ja mam wam to powiedzieć, to jest takie gorzkie rozczarowanie i to, co się teraz dzieje. W ,,Solidarności'' w stanie wojennym, rzeczywiście się ryzykowało, no nie życiem, bez przesady, ale więzieniem. Ludzie siedzieli, siedzieli po pół roku, po roku, po dwa lata, po cztery lata, różnie. Nasi znajomi, ten kierowca Tadek Piasecki, jak go wypuścili, nie mógł przeżyć, że jego koledzy siedzą, a jego wypuścili. No to on zaczął drukować gazetkę ,,Głos Nowosądecki”, czy coś takiego. Gazetka była powielana, potwornie to wyglądało, było strasznie trudne do czytania, wszystko się rozmazywało, ale on ją wystukiwał na maszynie u siebie w biurze, gdzie pracował w przedsiębiorstwie. Bardzo łatwo było później wyśledzić gdzie to drukowano, bo każda maszyna jakoś inaczej odbija każdą literę: wyżej albo krzywo albo coś, więc na prawdę łatwo sprawdzić, z której maszyny to pochodzi. On wtedy przylatywał do nas z tymi, żeby sprawdzić, czy jest dobrze, czy się zgadzamy, czy coś dodać. Na jednej stronie drukował i odbijał przez kalkę. Pewnego razu przyszedł do nas, przyniósł takie coś i poszedł. Mój mąż później wychodzi i mówi: „Ty wiesz, że on położył u sąsiadów na słomiance, od nas począwszy, cały czas w dół”. No dziękuje bardzo, wystarczyło się przejść i zobaczyć, gdzie się kończy ta dróżka. No ludzie czasami nie myślą. Oczywiście go złapali, oczywiście razem z paroma innymi go aresztowali i też przesiedział tam trochę. Potem część ludzi emigrowała. On na przykład wyjechał z całą rodziną: miał żonę i 3 dzieci, z czego jedno było chore na serce. Wyemigrowali do Szwecji i z tej Szwecji to on do nas pisał listy, pierwszy raz leciał samolotem, było fantastycznie. Zabrali ze sobą wszystko, co mogli zabrać, jakieś garnki, a tam okazuje się, że wszystko było urządzone: całe mieszkanie, lodówka, kuchnie, wszystko pełne. Nauczył się szwedzkiego, dostał pracę. Było nadzwyczajnie. Niektórzy wyjechali do Norwegii, tam też się nimi tak zajęli, że dostali od razu pracę. Ja potem w stanie wojennym jeździłam do Norwegii i sprzedawałam obrazki malowane na szkle i gobeliny, które specjalnie zamawialiśmy w Bobowej, bo tam piękne tkali koronki. Jeździłam autostopem, było fajnie. Stąd autobusem do Krakowa, z Krakowa pociągiem do Świnoujścia, potem promem, a potem autostopem do Norwegii. 
Mam jeszcze taką przedziwną historię, którą uwielbiam opowiadać. Mianowicie, spałam w biurze takiej organizacji, która się nazywała ,,Solidarność polsko-norweska''. W Oslo mieli biuro: kanapa, sofa, express do kawy, prysznic. Pomagali mi sprzedawać to wszystko, pieniądze tu przywoziłam, na „Solidarność”, na pomoc rodzinom tych osób, które były w więzieniu. Pewnego razu sobie załadowałam taki wielki plecak - te obrazki na szkle są strasznie ciężkie. Miałam potwornie ciężki ten plecak, wiozłam też drewniane krzyżyki: Chrystus był na krzyżu i głowę miał spuszczoną. Ponieważ to było dosyć duże i mi się to nie mieściło, umocowałam to pod klapą. Ledwo uniosłam ten plecak, mąż mnie wpakował w autobus, potem ktoś mi pomógł go tam przenieść, bo nie byłam w stanie go sama założyć. Mogłam iść z nim, ale nie mogłam go podnieść. Dojechałam do Świnoujścia. Dwa razy dziennie odpływały promy. Jeden wypływał rano i przypływał popołudniu, drugi wieczorem i przychodził rano. No to lepiej było płynąć tym wieczornym, żeby być tam rano i łapać autostop. Jakoś tak przyjechałam, że jeszcze tamten stał: wsiadłam, popłynęłam. Przypłynęłam do Isstad, jakoś się wypakowałam no i myślę sobie, co będę tu siedzieć, wyjdę, może akurat będzie ktoś jechał w tamtą stronę. Wyszłam na szosę z tym plecakiem, nie myśląc, usiadłam na kamieniu i zdjęłam ten plecak, no i myślę sobie, że ja już nie wstanę, nie założę tego plecaka. Jedzie jeden tir, drugi, trzeci. Jeden tir się zatrzymał, kierowca zapytał dokąd ja jadę, no to ja jadę do Oslo, no a on jedzie do Sztokholmu. Powiedział, że może mnie kawałek podwieźć, tam 100 km, potem się drogi rozdzielają. Ja sobie myślałam, że jak będzie to rozwidlenie, to będzie jakaś stacja benzynowa, jakaś miejscowość. Tymczasem dojeżdżamy i to było w środku lasu, nie było nikogo, żywego ducha, noc ciemna, on mnie wysadził z tym plecakiem i pojechał. No to ja stoję, nie mogłam założyć tego plecaka, więc zaczęłam go ciągnąć i przeciągnęłam go dalej, żeby ludzie wiedzieli, że ja do Oslo. Zatrzymał się jakiś samochód osobowy. Potem się okazało, że to był pracownik z Isstad, z tego promu, powiedział, że może mnie podwieźć 50 km, bo nie jedzie do Oslo. I ja się biorę za ten plecak, patrzę, a temu drewnianemu Chrystusowi urwała się głowa i ja zaczynam jej szukać. Kierowca zapytał czego tak szukam? Ja już otwieram usta, żeby powiedzieć, że głowy Chrystusa (śmiech) i pomyślałam, że jak ja to powiem, to on ucieknie. Facet mi pomógł, podwiózł mnie. 
A wracając do pojęcia wolności – zmieniło się jego znaczenie?
Ja myślę, że w dzisiejszych czasach termin ,,wolność'' nie ma takiego samego znaczenia jak w latach 80. Nie ma znaczenia jak niepodległość, niepodlegli to my jesteśmy, to nie o to chodzi. Ja nie wiem, czy my teraz walczymy o wolność, my teraz walczymy bardziej o demokrację, o tolerancję, o jakąś kulturę języka. Wiecie, co mnie najbardziej razi, to straszne chamstwo, które się rozlewa, język, którym my się posługujemy, to, że publicznie wypowiadający się ludzie, wszystko jedno czy to są władze rządowe czy samorządowe, czy dziennikarze, tak strasznie kłamią w żywe oczy. Mnie to po prostu boli, że ludzie potrafią mówić publicznie w oczy taka nieprawdę. Wstydu nie mają żadnego, poza tym język, ta mowa nienawiści tego wszystkiego nie było i bardzo boli, że myśmy się tak starali, żeby się dostać do tej Unii, jaka to była olbrzymia praca, żeby dostosować przepisy polskie. Ta cała praca została wykonana, te 10 lat ludzie ciężko pracowali, żeby jakoś to wszystko dopasować. Nie macie pojęcia jaka to jest ulga, jeździć sobie po Europie, my nie możemy się ciągle nacieszyć, że po prostu wsiadasz w samochód i jedziesz, nie czekasz na granicy, nikt cie nie kontroluje, nie zauważasz gdzie jest ta granica. Paszport, o niego trzeba było prosić, albo się dostawało albo nie, a jak się już dostało i pojechało, to trzeba było go oddać od razu po przyjeździe. Teraz tego nie ma, wy tego nie czujecie. My pamiętamy, że nie zawsze tak było i nie zawsze tak będzie. Unia nam dopłaca potworne pieniądze, czy do rolnictwa, do dróg, do infrastruktury do masy rzeczy, a my wszystko bierzemy, dziękujemy i nie dajemy nic w zamian od siebie, nie bierzemy na siebie żadnych zobowiązań. Ja myślę ,że to, o co powinniśmy walczyć teraz to właśnie, żeby nas z tej Unii nie wyrzucili i żeby prostować te kłamstwa, które są wszędzie rozsiewane i po pierwsze robić swoje. Ja uważam tak jak w piosence Młynarskiego, róbmy swoje. Miejmy taką szkołę, jaką chcemy mieć, bardzo byśmy chcieli, żeby uczniowie też brali udział w tworzeniu tej szkoły. Jak macie na coś ochotę, to mówcie, przyjdźcie i powiedzcie. My wtedy postaramy się tak zorganizować, żeby wam pójść na rękę, to jest dla mnie bardzo ważne.
Dziękujemy za rozmowę. 
Z Panią Alicją Derkowską rozmawiały: Wiktoria Ptak, Aleksandra Sus, Aleksandra Kowalczyk i Melania Furman (kl. III LO w Liceum SPLOT im. Jana Karskiego w Nowym Sączu).  

 


zdj bohaterzy2

Projekt

„Śladem sądeckich społeczników

w drodze do niepodległej"

dofinansowany jest ze środków

Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich”

 

 FIO logo

 

Projekt organizowany przez
Fundację Centrum Edukacji Mobilnej

logo Fundacja Centrum Edukacji Mobilnej

  

Projekt "Ślady bohaterów"

dofinansowano ze środków

Muzeum Historii Polski w Warszawie

w ramach Programu „Patriotyzm Jutra”
 

czarny kwadrat oficjalny pomn

 

PJ RGB pomn